Piotr Bielawski Radio

Ether jazzu – blog na temat muzyki Piotra BielawskiegoPiotr Bielawski Blog:

Bielska Zadymka Jazzowa: Od początku czułem w powietrzu, że coś się za moment wydarzy…

Opisywanie dwóch dni mojego pobytu na Lotos Jazz Festival – Bielska Zadymka Jazzowa powinienm rozpocząć od stwierdzenia, że jechałem do Bielska-Białej z dużymi oczekiwaniami.

Niezmiernie cieszyłem się na spotkanie z Jane Monheit, która miała na dodatek zaśpiewać piosenki Elli Fitzgerald, liczyłem na eksytujący występ Nicholasa Paytona, a przede wszystkim czekałem na Davida Sancheza, który potrafi za każdym razem zaskoczyć swoją fantastyczną muzyką.

Wystarczająco powodów, by czuć pewnego rodzaju ekscytację? Na pewno. Nic więc dziwnego, że od samego początku towarzyszło mi poczucie, jakby za moment miało się wydarzyć naprawdę coś wyjątkowego.

I tak się w końcu stało, ale po kolei…

Jane Monheit z piosenkami Elli Fitzgerald to powinna być podwójna przyjemność. Jedno jest pewne, ani zaśpiewane przez nią evergreeny, ani wyjątkowy głos tej doskonałej wokalistki nie zatraciły swoich walorów. Jednak muszę przyznać, że oczekiwałem czegoś więcej po tym koncercie. Wielokrotnie brakowało mi swoistego rodzaju rozmowy pomiędzy nią i zespołem, choć przecież grali niezwykle doświadczeni muzycy: Nicholas Payton – trumpet
Joe Dyson – drums, Daniel Sadownick – percussion.

Piosenki w interpretacjach Elli są dla mnie prawdziwie osobistą wypowiedzią, bądź wręcz intymną rozmową. I tym powinny pozostać, stanowiąc doskonały punkt wyjścia do ukazania własnych emocji.

Muzycznie to prawdziwe perełki. Chyba nikogo nie muszę przekonywać, że są ponadczasowe, dające niesamowite możliwości każdemu współczesnemu aranżerowi.

Tymczasem dopiero druga część koncertu o tym przekonywała. Tak naprawdę od utworu „I’ve Got You Under My Skin” zaczęło się robić coraz ciekawiej. Ich wersja tego utworu rzeczywiście zaskakiwała, a co za tym idzie, dawała nadzieję, że wszystko zaczyna podążąć w dobrym kierunku. Do tego pojawiły się przejmujące momenty w głosie Jane Monheit, aż ciarki przechodziły po plecach. Ale koncert zamiast się rozkręcać, zaczynał zmierzać ku końcowi. I pozostał niedosyt…

100_4357

100_4358

 

Doskonały koncert Nicholasa Paytona mógłby także pozostać niezapomnianym wydarzeniem, gdyby nie fakt, że słyszałem już kiedyś, gdzieś, na wielu płytach taką muzykę. Zachwycały mnie pomysły aranżacyjne, a zwłaszcza rozwiązania rytmiczne poszczególnych utworów – to prawda.

Wielką przyjemność sprawiało mi obserwowanie, z jaką perfekcją podchodzą do dźwięków, z ilu szczegółów i inspiracji składa się muzyka, którą prezentują. Jednak wciąż pozostawały w mojej głowie odniesienia do… nie, nie będę czynił porównań, bowiem aż tak krytycznie nie podchodzą do tego materiału.

Nicholas Payton (trumpet and keys), Braylon Lacy (bass), Joe Dyson (drums), Daniel Sadownick (percussion) oraz DJ Lady Fingaz (turntables) zagrali być może rewelacyjnie, ale…

ha1

ha2

ha3

(Nicholas Payton na scenie z młodymi, polskimi muzykami).

Tylko proszę mi wierzyć – nie stałem się malkontentem. Przekonały mnie o tym następne koncerty, z wymienionym na początku Davidem Sanchezem.

Jednak zanim on sie pojawił się scenie, miałem okazję posłuchać saksofonistki, Karoliny Strassmayer, która właśnie w tym dniu obchodziła swoje urodziny.

To miało zapewne niebagatelne znacznie, bowiem tego wieczoru jej muzyka wręcz nas unosiła. Z jazzowej formy, która nie powinna nikogo zaskakiwać, co nie oznacza, że nie powinna dawać przyjemność wytrwanemu słuchaczowi, rodziła się muzyka, wymykająca się jakiejkolwiek konwencji, a zarazem pozostająca w dalszym ciagu przystępną i zrozumiałą. Zawierała mnóstwo piękna, skrywanego w szczegółach i szczególikach misternie nakładających się na siebie.

Z niesamowitą delikatnością i łatwością przychodziły im najbardziej skomplikowane niuanse. I wydawało się, że grają muzykę prostą, nieskomplikowaną, ale w istocie poprzeczka była podnoszona coraz wyżej i wyżej…

Nie pojechałem specjalnie na ten koncert – tym bardziej czuję się mile zaskoczony występem Karoliny Strassmayer – alto sax, Rainera Böhm – piano, Johna Goldsby – bass, i Drori Mondlaka – drums.

W końcu na scenę wszedł David Sanchez. Jeśli oczekiwałem niezwykłych rytmów, to je usłyszałem. Jeśli czekałem na genialne sola saksofonowe, to ich doświadczyłem. Jeśli miałem pewność, że usłyszę wyrafinowaną muzykę, to się nie zawiodłem.

Dla niego emocjonalna strona muzyki jest tak samo ważna, jak precyzyjne podejście do każdego pojedynczego dźwięku i trzymanie się ustalonej formy. Jedno drugiemu nie przeszkadza, a wręcz to, co wynika z przeżyć, natychmiast uzupełnia wspomnianą, ustaloną wcześniej formę. W ten sposób jego muzyka przesiąknięta jest treścią, co stanowi niezaprzeczalnie jej ogromną wartość.

Za każdym razem podziwiam, jak łączy w swoim graniu muzykę karaibską, elementy ameryki łacińskiej (David Sanchez pochodzi z z Puerto Rico), tradycyjne podejście do jazzu, a także tzw. world music.

Carib – nowy jego album – to powrót do zachodnioafrykańskich rytmów, do muzyki Haiti czy Puerto Rico. Ale nie stanowi jakiejś sentymentalnej podróży, a raczej odkrywa ją na nowo, unowocześnia, korzysta z niej, aby wyruszyć dalej, gdzieś naprawdę daleko…

Taki był również ten koncert.

100_4363

Jeszcze dość długo stałem wręcz oszołowniony, nie czując zimna, zanim wsiadłem do samochodu, by wyruszyć z powrotem. Do zobaczenia za rok na Bielskiej Zadymce Jazzowej:).

Poleć znajomym / udostępnij: