Piotr Bielawski Radio

Ether jazzu – blog na temat muzyki Piotra BielawskiegoPiotr Bielawski Blog:

Cassandra Wilson wystąpiła w Krakowie, a ja przy okazji o tym, że „pomiędzy” może wiele znaczyć!

To prawda, że Cassandra Wilson potrafi stworzyć niepowtarzalny klimat, w którym można zupełnie się zatracić. Wystarczy zaledwie kilka prostych dźwięków, oddających piękno jej głosu, a także podkreślających osobliwość melodii, aby każdy mógł się przenieść w niepoznane dotychczas rejony swojej wrażliwości, bądź na nowo odnaleźć prawdziwe ich znaczenie.

Z jednej strony Cassandra Wilson pozwala nam uspokoić emocje, z drugiej sprawia, że odczuwamy o wiele więcej, niż nam się zdaje. I chyba dopiero po pewnym czasie, gdy uwolnimy się od spraw codziennych i zaczynamy świadomie, bądź nieświadomie rozważać w sobie rzeczy, na które brakuje nam zazwyczaj czasu, zaczynamy także postrzegać wyraźniej istotę jej fantastycznych utworów.

A pomiędzy bluesem i jazzem znajduje się przecież co najmniej klika gatunków muzycznych, wykonywanych przez wielu współczesnych artystów. Można tam również odnaleźć wiele oryginalności, a nie tylko kopii muzyki granej w Stanach Zjednoczonych.

Cassandra Wilson ma w sobie tyle samo bluesa, co jazzu. Jej śpiewanie zapewne wynika z naturalnego złączenia tak bliskich dla siebie odmian muzyki, a także wszystkiego, co pomiędzy nimi istnieje. Powiem więcej, moim zdaniem jest właśnie tym, co próbujemy odszukać i zdefiniować krótkim stwierdzeniem „pomiędzy”.

Cassandra Wilson nie oszukuje, mówiąc wprost skąd pochodzi, ani na siłę nie kreuje nowej muzyki. Po prostu znajduje swój język, którym sugestywnie przemawia do publiczności.

Gdyby nie doskonałość warsztatu wokalnego oraz znajomość swojej emocjonalności, a w dalszej kolejności totalne zaufanie i zrozumienie z muzykami w zespole, początek koncertu mógłby zaważyć na całym wieczorze.
Ktoś mógłby się nie wybronić, chcąc dokładnie w ten sam sposób, oszczędnymi środkami, wręcz pojedynczymi dźwiękami wprowadzić odpowiedni nastrój, aby zachwycić publiczność.

Przez dłuższą chwilę się wydawało, że próbuje poczuć otaczającą ją przestrzeń i oczekiwania widowni, jakby starając się odnaleźć w nowej dla siebie sytuacji.
Tak samo muzycy szukali kierunku, w którym mogliby podążyć, podczas gdy zachęcała ich gestami do większego zaangażowania.

Tym razem zagrali z Cassandrą Wilson: Brandon Ross – gitara, John Davis – perkusja, Lonnie Plaxico – kontrabas, John Cowherd – fortepian, a także gościnnie Gregoire Maret – harmonijka.

Dzięki ich doskonałości, wystarczyło kilka zagranych dźwięków, aby wszystko powoli się przekształcało w niesamowity popis umiejętności interpretacyjnych, dzięki którym poznawaliśmy coraz dłuższe, rozbudowane wersje poszczególnych utworów.

Podziw nad zwykłością i niezwykłością każdej improwizacji sprawiał, że rozluźniła się atmosfera na scenie, doprowadzając w końcu do finału…

Nie będę opisywał wszystkich piosenek – ich listę zamieszczam poniżej:

cassandra lista

Pięknie to zostało wymyślone, aby poszczególne utwory budować na zasadzie rozmowy pomiędzy różnymi instrumentami. Mieliśmy więc do czynienia z duetem gitary i fortepianu, harmonijki i fortepianu, czy wreszcie perkusji (rany, co za melodyjne solo Davisa!) i gitary.

Na pożegnanie pojawiła się kompozycja „Tupelo Honey”, chyba najbardziej piosenkowa ze wszystkich przedstawionych utworów.
Wcześniej mieliśmy do czynienia z niesamowicie wydłużonymi bluesami, albo pięknymi piosenkami jazzowymi, zagranymi chociażby w typowym trio jazzowym: fortepian, kontrabas, perkusja.

Dwukrotnie niebagatelną rolę odegrała Cassandra Wilson nie jako wokalistka, ale skromna gitarzystka, mająca ubarwić kompozycję nałożonym na gitarę efektem, który potęgował jej granie.

Jeszcze długo odzywała się pozostawiona, choć wszyscy zeszli ze sceny…

No, pokaz godny mistrzów, którzy pokazali, jak pokonać niemoc, a nawet stworzyć z niej coć, co staje się doskonałe – pomyślałem!

Ale to nie był koniec…

Gitarę wyłączył technik tuż przed samym bisem. Najpierw wrócił kontrabasista, który dopiero teraz dostał szansę zagrania solo, wprowadzając w genialny sposób utwór „Strange Fruit”. Zaraz po nim usłyszeliśmy gitarę i zaśpiewała po raz ostatni tego wieczoru Cassandra Wilson.

Nigdy nie słyszałem tak znakomitej wersji tego utworu! Nigdy wcześniej…
Niezależnie, co bym napisał, będę niedoskonały. Przyznaję, że zbyt niedoskonały, aby opisywać, jak to zabrzmiało.

Chyba nie istniał świat poza sceną i nami wszystkimi, czyli słuchaczami.
Jedynie emocje grających i nasze wymowne milczenie. Ta cisza, która zamykała wokół cały świat, była dokładnie tym „pomiędzy”, o czym pisałem…

Poleć znajomym / udostępnij: