Piotr Bielawski Radio

Ether jazzu – blog na temat muzyki Piotra BielawskiegoPiotr Bielawski Blog:

Czas mówić wprost, i po to ten Jazz & Literatura w Chorzowie.

Jazz i literatura to obszerny temat, nie da się go streścić w kilku zdaniach. A zmieścić w jednej imprezie?

Nie zastanawiajmy się nad poprawnością zwrotu, czy temat można zmieścić, na dodatek w ramach kilku festiwalowych koncertów. To tylko hasło, którym chciałbym zwrócić uwagę na pewien ciekawy festiwal, organizowany po raz trzeci w Chorzowie.

Nie trzeba zresztą w ogóle podejmować się karkołomnego zadania, by każdy ze stylów jazzowych czy gatunków literackich miał swoją chwilę na festiwalu nazwanym Jazz & Literatura. Wystarczy zaznaczyć ważność obu dziedzin, odnieść się do konkretnych przykładów, pokazać związki jazzu z poezją czy prozą, w końcu ukazać, jak na siebie wpływają, przenikają, nieustannie się inspirują. W tym sensie można „zmieścić” odpowiednie dzieła, potwierdzające ich ważność, w ramach takiej imprezy.

I moim zdaniem to wystarczy, by uzasadnić jej sens, co więcej, potwierdzić, czy nawet uświadomić istotę twórczości, która przy odrobinie zaanagażowania – zwłaszcza w promocję – naprawdę jest w stanie zainteresować niemałą część społeczeństwa.

Wiem, jakie to trudnie, ale proszę mi nie powtarzać, że ludzi w większości zajmują jedynie proste, wręcz banalne utwory, których konsumcja nie wymaga myślenia.

Mógłbym nawet postawić tezę, że wielu z nas czuje się zagubiona w dzisiejszym komercyjnym świecie. Ok, z tego pewnie zdajemy sobie sprawę. Ale czy robione są badania, jak wielu, zwłaszcza młodych ludzi, po raz pierwszy odpowiadających sobie na podstawowe pytania: kim jestem, czego chcę, co będę robić; nie przyznaje się do tego zagubienia, odczuwając presję środowiska i popkultury?

Ulegają wszystkiemu i wszystkim, aby nie zostać odrzuconym. Z pozoru współczesny świat pozwala ukazywać swoją indywidualność, ale tylko z pozoru…

Tak samo się dzieje z tymi, którzy po raz drugi, albo kolejny próbują zweryfikować poglądy, rozliczyć z przeszłością, zaplanować przyszłość. W takich momentach nie są wcale mądrzejsi od swoich dzieci.

Trzeba mieć niesamowitą odwagę, by balansować pomiędzy komercją, która niekoniecznie musi być pozbawiona wartości, a awangardą. Nie odrzucać kiczu, bawić się nim, skoro wszędzie go tyle… a przy tym pokazywać swoją wrażliwość, czyli po raz kolejny mówiąc wprost, piękno.

Odwaga to jedno, a poczucie, że nie jest się samemu z tym wszystkim – to drugie. Równie istotne staje się także umiejętność wypowiedzi, która bezsprzecznie stanowi przyczynę swoistego rodzaju nieśmiałości, przeszkadzającej w tworzeniu czegoś naprawdę oryginalnego.

Tak, po to taki festiwal, jak Jazz & Literatura. By zobaczyć i usłyszeć, na ile możliwości można opowiadać o otaczającej nas rzeczywostości, a także poczuć, że nie jesteśmy sami w tej naszej przestrzeni, która wciąż oczekuje od nas pełnego zaanagażowania.

I by nie być gołosłownym, bardzo proszę, oto kilka koncertów, zorganizowanych w ramach tegorocznej imprezy, na które chciałbym zwrócić uwagę.

Monika Lidke Quartet, w składzie: Monika Lidke – wokal, kompozycje i aranżacje, Łukasz Damrych – instrumenty klawiszowe, Grzegorz Piasecki – kontrabas, Wojciech Buliński – perkusja.

Właściwie swój występ oparli o utwory z najnowszej płyty Moniki, zatytułowanej „Gdyby każdy z nas”. To piosenki do tekstów polskiego poety Andrzeja Ballo, co nie bez znaczenia w określeniu czasu i miejsca. Poezja powinna mieć wymiar ponadczasowy, jednak ważny jest jej język, dający takie, a nie inne możliwości wykorzystywania środków wyrazu.

Niezmiernie więc mnie cieszy, że pisze się dzisiaj wiersze w sposób nad wyraz prosty, a zarazem głęboko sięgający po moją wrażliwość. Dający jej możliwość obudzenia się, zaistnienia i pomilczenia wraz z nią w czasie rzeczywistym, tu i teraz.

To otwiera także ogromne pole dla nowoczesnych form improwizacji, czego przykładem są kompozycje Moniki Lidke. Oto zwykła piosenka staje się poezją śpiewaną, by zaledwie po chwili uciec w totalny jazz, zmuszający do poruszenia się na krześle, a nawet roztańczenia.

Porównując poszczególne piosenki nagrane na płycie z wersjami koncertowymi, prawie za każdym razem się wydaje, że mamy do czynienia z materią, która nagle zaczyna żyć swoim drugim życiem.

Słuchając albumu zwracamy uwagę nie tyle na inne fragmenty tekstów, co raczej odbieramy ich treść mniej aksjomatycznie. Tymczasem, kiedy są wykonywane „na żywo”, z niesmowitą siłą uderzają w nas najmniejsze, najdelikatniejsze i najintymniejsze słowa, jakby stanowiły prawdę nie do podważenia.

To samo dzieje się z dźwiękami. Ich istotą nie jest wyłącznie oddawanie nasycenia emocjonalnego wsyśpiewanych słów, lecz nadanie im znaczenia, czyli jakiejś ponaludzkiej pewności, że są drogowskazami, jedynymi wytycznymi dla zwykłego człowieka.

A jak to unosi Monikę Lidke, gdy grają z taką pasją:). Tu dopiero widać i słychać, że mamy do czynienia z rasową wokalistką jazzową. To dopiero ją otwiera, pozwala na zatracenie się w improwizowaniu, pokazywanie prawdziwych możliowści głosowych oraz doskonałej techniki. Zresztą, co najpiękniejsze, trwa między nimi nieustanna rozmowa.. nie, najbardziej fantastyczne jest to, że na scenie nie boją się milczeć, samemu wsłuchując w ciszę.

Zresztą, znajduję w jej utworach o wiele więcej środków wyrazu, co jeszcze bardziej podkreśla doskonałe przygotowanie wokalne Moniki, a także nietuzinkowe możliwości jej muzyków. Mogą wszystko, a może te teksty sprawiają, że ich aż tak ponosi?

Szymon Łukowski Quintet, feat. Hannes Riepler, w składzie: Szymon Łukowski – saksofon, klarnet basowy, Hannes Riepler – gitara, Jan Freicher – wibrafon, Paweł Urowski – kontrabas, Sławek Koryzno – perkusja.

Muzyka, którą stworzyli na festiwalu Jazz & Literatura pokazuje, jak ważna jest dbałość o formę, w której trzeba pomieścić wszystkie emocje. Tak, cały wachlarz emocji, bez zbytniego szarpania, przerysowywania, a przede wszystkim poruszania się bez ładu i składu pomiędzy ekstremalnymi stanami emocjonalnymi.

Wszystko ma swoją chronologię, ułożenie i istotę, o której łatwiej opowiadać bez jakiegoś napinania się, podnoszenia głosu, szamotania pomiędzy dźwiękami. Lepiej to robić bez pośpiechu, dając czas słuchaczowi, by podażał za muzyką. I wciągać go coraz bardziej klimatem, dającym możliwość uwolnienia się od tego, co pozostawił na zewnątrz.

Dla nich zapewne to ważne, aby wyobraźnia całej widowni pozostawała w obszarze improwizacji, a może nawet stanowiła jej element do końca koncertu. Jak to robią? Rozpraszają pojedynczymi dźwiękami ewentualne imaginacje na inny, niż zadany przez nich temat, a co za tym idzie, skupiają uwagę tylko i wyłącznie na swoim graniu. Melodią wymuszają unoszenie się tuż nad ziemią, a potem pozwalają łagodnie opadać głęboko w fotel. I znowu nie pozwalają człowiekowi odetchnąć, choć nigdzie się niby nie spieszą, zapraszając do następnego utworu.

Tak, każda kompozycja jest u nich dokładnie przemyślana – to prawda. Zachwyca selektywnością dźwięków, mających swój perfekcyjnie wyznaczony czas i miejsce, co doprowadza do wniosku, że stanowi zbiór refleksji, z których należy odczytać istotę, ukrytą pod kolejnym tytułem.

Powiem więcej, dzięki temu cały koncert ma swoją formę, jabky był koncepcyjnym projektem, mającym swoje ramy stylistyczne i brzmieniowe. I choć ani na moment nie tracą nad tym kontroli, nie oznacza, że nie słychać w ich graniu emocji.

Muszę przyznać, że nawet podczas grania utworu, którego kompozytorem był Hannes Riepler, nic się nie wymykało poza stylistykę zespołu Szymon Łukowski Quintet. A tak swoją drogą, po koncercie i wysłuchaniu płyty, którą mi podarował Hannes, chciałbym się wybrać na jego koncert.

Tak czy inaczej, wracając do koncertu w Chorzowie, przyznam, że w kilku momentach jego gitara poprowadziła genialnie pozostałe intrumenty, ale równie pięknie współgrała z wibrafonem, tworząc niezwykle wysublimowane tło dla dojrzałych partii solowych Szymona Łukowskiego, jak również znakomitej sekcji rytmicznej.

Żałuję, że nie spytałem, czym się inspirują. Może literaturą? Spytam następnym razem:)…

Silberman New Trio, feat. Jan Peszek, w składzie: Jan Peszek – głos, Mateusz Gawęda – fortepian, Jakub Mielcarek – kontrabas, Łukasz Stworzewicz – perkusja.

I to chyba najlepszy przykład związków literackich i jazzowych. Na dodatek potwierdzających, że nie są one czymś nowym, powstałym za sprawą jakiejś nagłej potrzeby głębszej wypowiedzi, której nie czuli wcześniej ani muzycy jazzowi, ani literaci.

Słuchając tego projektu miałem wrażenie, że wszyscy występujący hołdują polskiej tradycji improwizacji, z równym szacunkiem odnoszac się przy tym do poezji, w tym przypadku wierszy Krystyny Miłobędzkiej. To, o co im chodzi, zawiera się w stwierdzeniu, że z biegiem upływającego czasu dopadła ich potrzeba poruszenia sobą w stopniu większym, niżeli byłoby to możliwe bez interakcji i użycia prawdziwych słów.

O, wreszcie mam okazję skorztystać ze słowa „prawdziwy”, mając pewność, że się nie mylę. Przez lata zmieniamy znaczenia wwypowiadanych słów, ale w poezji – jestem przekonany – pozostają one nienaruszone do dzisiaj.

Idąc dalej w tych rozważaniach, poszukiwanie własnej prawdy doprowadziło ich w takim razie do wspólnego tworzenia. Proste, ale wyraziste słowa, takie same gesty, a tym bardziej dźwięki, odbieram jako powrót do źródła tej prawdy.

Bez względu na długość naszego życia, albo doświadczenia, z których czerpiemy, co jakiś czas stajemy dokładnie w tym samym punkcie, nie mogąc sobie samemu odpowiedzieć na szereg pytań. Jakich? Proszę poczytać poezję wspomnianej Krystyny Miłobędzkiej.

Widziałem, jak Jan Peszek robił głęboki oddech po każdym odczytanym fragmencie wiersza, uwalaniając na moment emocje włożone w zrozumienie tych kilku, czy kilkunastu słów, by po chwili z nieskrywaną ciekawością słuchać kolejnej improwizacji.

Przecież je czytał wielokrotnie przed wejściem na scenę – pomyślałem. Zrozumiał na wiele sposobów, odebrał niezwykle osobiście, a jadnak nadal wymagałay od niego ogromnego wysiłku.

A brzmiały jak westchnienie, jak skarżenie się… a innym razem jak krótka modlitwa.

„Jestem wszystkim czego nie mam. Furtką bez ogrodu” – dlaczego właśnie ten cytat wybieram sposród co najmniej trzech, które zapmiętałem? Jestem przekonany, że każdy odebrał osobiście ten spektakl, a więc pozostały w nim inne słowa. W tym największy sens toczącej się historii, poukładanej w jedną spójną całość przez Jana Peszka i zespół Silberman New Trio.

Albo odwrotnie, przez Silberman New Trio i Jana Peszka. Teraz o muzyce. Dawno nie słyszałem tak wyrazistych i perfekcyjnych dźwięków, dopisanych do konkretnych tekstów literackich. Kłania się wiele dzieł słowno-muzycznych, ale w tym ich pokłonie nie ma jakiejkolwiek sugestii kopiowania czegokolwiek, czy kogokolwiek – proszę mi wierzyć.

Rozpoznawałem ich za każdym razem, gdy mieli swój czas na improwizację, a to oznacza, że nie kłamali. Grali sobą, z poczuciem, że stanowią element spektaklu, a nie jego sedno. To sprawiało, że doskonale potrafili uchwycić, jak wiele powinni powiedzieć od siebie, aby w pełni oddawać emocje wywołane poezją.

Najciekawszą wydawała mi się refleksja, że odczuwają te wiersze dokładnie tak samo, jedynie na różne sposoby, charakterystycznym dla siebie językiem, próbują podzielić się ze mną wrażeniami.

Po chwili doszedłem do wniosku, że tak samo działa ona na Jana Peszka, co wcale mnie nie zdziwiło, jedynie potwierdziło tezę o ponadczasowości poezji Krystyny Miłobędzkiej.

Ich muzyka nie była łatwa. Z drugiej strony wydawała niezwykle przystępna. Chwilami liryczna, momentami jakby zaprzeczająca, że istnieje możliwość ułożenia wszystkiego, co nam się wydawało, że jest w naszym życiu do ułożenia. Mocna brzmieniowo, aby mocno zaboleć, gdy zostawiali ciszę po sobie…

Dobrze, że grali utwory, robiąc pomiędzy nimi przerwy. Miało się dzięki temu wrażenie zmieniających się chwil, a nie ciągłości wydarzeń.

Pomyślałem w trakcie bisu, że nasłuchałem się tak wiele muzyki, jakbym spędził z nimi nie jeden, a więcej wieczorów, że usłyszałem tak wiele, jakbym przeżył już więcej, niż przeżyłem. I wcale nie byłem tym zmęczony.

To samo tyczy w ogóle festiwalu Jazz & Literatura.

Ale w podsumowaniu o jeszcze jednej, integralnej jego części, czyli wystawie zdjęć Jarka Rerycha. Widnieją na nich postaci światowego jazzu, które miał okazję spotykać i fotografować. Jest ich wiele, ale jak twierdzi, wciąż nie zatrzymuje się w swojej podróży.

Bo ważne jest to, co udało nam się przeżyć, ale sami pomyślcie o tym, jak wiele przecież przed nami. Jak wiele w takim razie możemy zmienić w przyszłości. Jednak nic nie zrobimy bez wyobraźni.
Czas mówić wprost, i po to byśmy mogli ją rozwijać ten jazz, ta literatura.

P.S. Dziękuję: Marzena Anioł; za zaproszenie, ale przede wszystkim za organizację takiego festiwalu:).

Poleć znajomym / udostępnij: