Piotr Bielawski Radio

Ether jazzu – blog na temat muzyki Piotra BielawskiegoPiotr Bielawski Blog:

Dave Douglas w Krakowie – lekcja poglądowa.

Dave Douglas wystąpił na Międzynarodowym Festiwalu „Starzy i Młodzi, czyli Jazz w Krakowie”.

Przyznaję, czekałem na ten koncert.
Wychodząc, usłyszałem od krakowskich studentów Akademii Muzycznej, że Dave Douglas ich „zmasakrował”. Być może nie wszystkich, a jedynie niektórych, z którymi miałem przyjemność rozmawiać, ale opinia powtórzona kilkakrotnie musi zawierać jakąś obiektywną prawdę, bez względu na ewentualną polemikę.

Nie będę analizował znaczenia słowa „masakrować” – przepraszając wszystkich polonistów, dbających o czystość naszego języka – bowiem w wielu przypadkach tego typu nadużycie wydaje mi się niezwykle ciekawe:).
Widzę to następująco… wielu artystów posiada umiejętność wprowadzania słuchacza w stan kompletnego zachwytu. Jak jednak rozumiem, prawdziwa „masakra” następuje dopiero w momencie, gdy zauroczenie idzie w parze ze stwierdzeniem, że wszystko, co dotychczas się myślało o muzyce, legło w gruzach. Powiem więcej, stanowi doskonały punkt odniesienia do dalszego rozwoju wspomnianego odbiorcy, którym może być zwykły miłośnik danej muzyki, jak również inny, niekoniecznie tylko początkujący muzyk.

I zanim się okaże, czy Dave Douglas wywarł na mnie dokładnie takie samo wrażenie, jak na wspomnianych młodych ludziach, chciałbym zwrócić im uwagę, że zostali w takim razie „zmasakrowani” przez mistrza i zespół, w którym grają, jak mi się zdaje, niewiele starsi od nich instrumentaliści: Shigeto – elekronika, Jonathan Maron – bas, Mark Guiliana – perkusja.

Kochani, można? Pewnie, że można – powtarzam wielokrotnie, przekonując, że młodość ma w sobie niesamowitą siłę. O waszej wyjątkowości stanowi przede wszystkim sposób, w jaki wyrażacie swoje emocje, a także wyobrażenie tego świata, wybiegające o wiele dalej niż może się wydawać starszym pokoleniom.
Jedno tylko zastrzeżenie, nie wystarczy słuchać siebie nawzajem, albo czerpać wyłącznie z doświadczeń nowych, właśnie poznanych postaci. W niektórych przypadkach ich muzyka może się okazać po prostu udanym eksperymentem, a nie perfekcyjnie przemyślaną, nowoczesną formą, której poszukujecie.

No dobrze, ale jak to wszystko, o czym piszę, ma się odnosić do koncertu Dave Douglas High Risk w Krakowie?

Oto projekt doświadczonego trębacza, mającego swoją koncepcję artystyczną, bez wątpienia dopracowaną w każdym szczególe. Tu nie ma przypadków, niepotrzebnych dźwięków, a tym bardziej szukania ad hoc nowych przestrzeni.

Chociażby skupiając się na samych instrumentach elektronicznych, czyż nie miały tym razem precyzyjnie określonej roli?

Najczęsciej elektronika stanowi tło, bądź interpretuje ogrom różnych wyobrażeń, w których mieszczą się możliwości wszystkich instrumentów, tymczasem…

… tak, niezaprzeczalnie tym razem była równoprawnym instrumentem. We właściwy, subtelny sposób zaznaczała przestrzeń, w której zawierała się cała opowieść, dodawała jej kolorytu w odpowiednich miejscach, ale przede wszystkim improwizowała.

Poza improwizacjami miała za zadanie łączyć poszczególne elementy w jedną całość, a nie przeważać i decydować o wszystkim. Najciekawszym tego przykładem była kompozycja, oparta na wybijanym stopą rytmie. To perkusista tworzył napięcie, któremu ulegali po kolei poszczególni muzycy. Aż w końcu energia roznosiła wszystkich, doprowadzając do ponownego uspokojenia.

Oto projekt doświadczonego trębacza, mającego swoją koncepcję artystyczną, bez wątpienia dopracowaną w każdym szczególe – powtórzę.

Biorąc pod uwagę ułożenie całego koncertu, mieliśmy do czynienia z pięknie wymyśloną suitą. Była w niej swoistego rodzaju powtarzalność, jakby pewne motywy miały podkreślać punkty zwrotne w toczącej się historii, a pomiędzy pojawiały się perfekcyjnie przygotowane improwizacje. Nad wszystkim czuwał Dave Douglas, o którym nie dało się zapomnieć nawet podczas improwizacji pozostałych muzyków.

Dave grał bardzo wyraziście, a przy tym się wydaje, jakby pozostawiał każdemu z nas odnalezienie czegoś więcej w swojej muzyce. W tym celu odpowiednio nakierunkowywał naszą wyobraźnię, byśmy z łatwością potrafili za nim podążać. I podażaliśmy wszyscy w skupieniu, aż do samego końca koncertu.

Tak, przynaję, że mieliśmy do czynienia z prawdziwą lekcją poglądową, jak powinno się przygotowywać improwizację, jak tworzyć linie podziału między przeszłością a przyszłością, korzystając ze wszystkich możliwości i doświadczeń, a przy tym, jak sprawić, by muzyka była naprawdę zrozumiała.

Ech, może nie zmienił mojego myślenia o muzyce, ale wiele rzeczy kazał zdefiniować na nowo, czyli… 🙂
Już czekam na kolejną jego płytę i spełnienie obietnicy, że znowu zagra w Polsce.

Poleć znajomym / udostępnij: