Piotr Bielawski Radio

Ether jazzu – blog na temat muzyki Piotra BielawskiegoPiotr Bielawski Blog:

Diomede, gdzie to jest?

Pytanie „Diomede, gdzie to jest?” może zarówno rozpoczynać, jak również kończyć słuchanie płyty, nagranej przez Grzegorza Tarwida (piano) i Tomasza Markanicza (sax).

Już sam nie wiem, w którym momencie świadomie zacząłem się zastanawiać, dokąd wyruszyli, aby stworzyć taką niesamowicie klimatyczną muzykę, niezwykle bliską, z drugiej strony stanowiącą zapis jakiejś dalekiej podróży, w rejony zupełnie mi nieznane.W każdym razie muszę przyznać, że postawione w tytule pytanie naprawdę determinuje moje słuchanie.

Co ciekawe, zupełnie mi nie przeszkadza, że odczuwam potrzebę odnalezienia rzeczywistych miejsc, będących inspiracją dla tych utworów. To może być nawet swoistego rodzaju wybawieniem dla człowieka. Tym razem nie zagłębiam się bowiem w sobie, a po prostu oglądam skrawek przedziwnego świata oczami dwóch muzyków, którzy sztukę improwizacji opanowali do perfekcji.

W tym ich mistrzostwie zapewne istota sprawy. Grają niezwykle sugestywnie, odkrywając przede mną krajobrazy znane jedynie z filmów, czy opowiadań prawdziwych podróżników. Wrażenia, towarzyszące słuchaniu tej płyty, raczej wzbogacają, pozostawiając w nienaruszonym stanie całe pokłady istniejącej już wrażliwości.

Tak, nie dają mi czasu na zbytni sentymentalizm, dzięki któremu mógłbym uruchomić wspomnienia, by po raz kolejny zweryfikować poglądy, kim jestem dzisiaj, ukształtowany tym, co przeżyłem, usłyszałem i zobaczyłem.

Odrębnym zagadnieniem jest kwestia, na ile inspirują się kulturą danego miejsca, a co za tym idzie, jak wiele motywów zaczerpnęli z jego folkloru.
Może kiedyś o tym porozmawiamy z Grzegorzem Tarwidem i Tomaszem Markaniczem, ale przyznam, że bardziej mnie intryguje ich obecność na tle pokrytych śniegiem i chłodem prawie pustych przestrzeni.

To kolejny element nie dający mi czasu na snucie osobistych rozważań. Niezwykłą prostotą zachwycają mnie bowiem ich biało-czarne zdjęcia z wędrówki po bezkresach Diomede. Podczas podziwiania piękna tej krainy mogę ewentualnie się zastanowić, jakie wywołują we mnie odczucia, mogę spróbować je zapamiętać, ale na tym koniec. Choć wydaje się, że nie przyspieszają tempa swojego grania, co rusz zaskakują nowymi elementami, jakby zatrzymując wpół kroku i wskazując palcem, zobacz, co tam wystaje ze śniegu, albo zwracając uwagę na ledwo słyszalne odgłosy docierające z daleka.

Wyobrażam sobie prawdziwy ogrom tej krainy, zastanawiając, jak drobiazgową pracę musieli wykonać, by selektywnie powybierać zapamiętane szczegóły, wręcz detale, na których oparli swoje improwizacje. Tylko w ten sposób mogli opowiedzieć swoją historię w duecie. I opowiedzieli… może coś o sobie, a może jednak po części o mnie, bo przecież też jestem człowiekiem ze wschodu – w myśl tytułu płyty „People From East”.

Może faktycznie o mnie, skoro ten głos, dobiegający z daleka, o którym przed chwilą wspomniałem, taki jakiś znajomy, taki znajomy…

Tylko, gdzie jest to Diomede?…

Poleć znajomym / udostępnij: