Piotr Bielawski Radio

Ether jazzu – blog na temat muzyki Piotra BielawskiegoPiotr Bielawski Blog:

Jak zmieścić cały Nowy York w małych „Ciągotach i tęsknotach? – wystarczy, że zagra tam Charles Gayle:).

To chyba najdłuższy tytuł, jaki kiedykolwiek wymyśliłem, ale najbardziej odpowiadający temu, co się wydarzyło.

Mam nadzieje, że jego sugestywność stanie się wystarczająca, by wszyscy uczestnicy koncertu odtworzyli w pamięci klimat wieczoru, a pozostali mogli sobie wyobrazić skupienie tej wielkiej amerykańskiej metropolii w zaledwie kilkudziesięciu(?) metrach kwadratowych wyjątkowego miejsca, noszącego nazwę „Tęsknoty i ciągoty”.

Aby nie skupiać się zbyt długo na opisie uroczego wnętrza, w którym zagrał Charles Gayle, powiem zaledwie w dwóch zdaniach, że stanowi prawdziwą oazę wśród bloków i wieżowców jednego z łódzkich osiedli mieszkaniowych. Powiedzmy szczerze, o wiele mniejszych od budynków Manhattanu, co uzmysławia jeszcze bardziej niesamowitość sytuacji, która została przeze mnie opisana tym właśnie tytułem.

Charles Gayle od razu precyzyjnie określił, co ma dla niego największe znaczenie.

Po pierwsze nie zapowiadał, jakie utwory zaprezentuje tego wieczoru. Jak mi się zdaje, zapewne licząc na wyrafinowany gust widowni, która powinna znać doskonale poszczególne kompozycje, albo miał nadzieję, że posiada odpowiednią wrażliwość, dzięki której może w sposób właściwy odebrać jego muzykę. Mogę wręcz założyć, że właśnie o odbiór emocjonalny chodziło mu najbardziej.
Skoro tak, nie będę się skupiał na repertuarze, ze świadomością rezygnując z zachwytów nad interpretacjami, którymi wielokrotnie sprawiał, że na nowo odkrywałem zawiłości harmonii i poznawałem piękno znajomych melodii.

Po drugie, od pierwszych dźwięków dało się zauważyć, że wspomniana melodia ma coraz większe znaczenie w muzyce amerykańskiego saksofonisty.
Gdzie ta awangarda, z której jest znany? – pomyślałem.
I pojawiła się chwilę później, uzmysławiając mi natychmiast, jak znakomicie ją rozwijał przez lata, uporządkował, nadał nowe znaczenie.
To jeszcze bardziej utwierdziło mnie w przekonaniu, że zapewne słyszy melodię nawet na najbardziej zatłoczonej ulicy, którą przecież poznał doskonale.

Przypomnę, że Charles Gayle był bezdomnym mieszkańcem Nowego Yorku, w którym jazz słychać na każdym rogu. Stąd też wynika, że zadziwiająco potrafi łączyć różne style i gatunki w swojej muzyce, mieszając wszystko z jakimś ulicznym brudem.
Tak, awangarda określa go w sposób doskonały. Przede wszystkim oznacza przeciwstawienie się mainstreamowi, a więc niesie za sobą odrzucenie klasycznego pojęcia jazzu – co zrozumiałe dla muzyka, który graniem na ulicy zarabiał na życie – z drugiej strony obnaża inspiracje znanymi tematami, których na pewno wystarczająco się nasłuchał, gdyż zewsząd docierały do niego w tamtym czasie.

Po trzecie, pozwalając już w pierwszym utworze na improwizacje kontrabasisty i bębniarza udowodnił, jak bardzo opiera wszystko na pracy zespołowej, a nie na własnych wyobrażeniach, czym jest jazz w swojej istocie.
Taka otwartość wydaje się powszechna w muzyce jazzowej, ale specyfiką tej sytuacji jest postawa człowieka, który ma dosyć samotnego grania na oczach przechodniów, a co niezmiernie ważne, w którym wciąż tkwi potrzeba posłuchania z bliska, jak grają inni, czym się inspirują, o czym opowiadają.

Tym razem zagrali w składzie: Charles Gayle – saksofon, Ksawery Wójciński – kontrabas, Klaus Kugel – perkusja.
I trzeba przyznać, że solowe popisy każdego z nich zostały nagrodzone zasłużonymi brawami!

Aż pod koniec koncertu usłyszałem za plecami radość, wyrażoną prostym, lekko wydłużonym słowem „fajnie”. Zostało wypowiedziane z takim ciepłem, że mogło oznaczać jedynie pewnego rodzaju uwolnienie emocji, wewnętrzne uspokojenie, prawdziwe spełnienie.

Bo klimat był nieziemski – muszę przyznać!
Jakby cały Nowy York rzeczywiście znalazł się u naszych stóp, z potwornym gwarem ulicy, przechodzącymi paradami trąbiących orkiestr, ludźmi zatrzymującymi się na moment, by posłuchać i porozmawiać o niczym, w końcu z dziwną odmianą melancholii, którą chyba ma w sobie od zawsze…
I jak to wszytko zmieścił w jednej historii, na dodatek w małych „Ciągotach i tęsknotach”?
Ano, taki fenomen:).

Dla przypomnienia, koncert się odbył w ramach powszechnego ruszenia pod nazwą „zróbmy sobie koncert”:

https://www.facebook.com/events/466634550103948/?ref=22

fot: Piotr Fagasiewicz

Poleć znajomym / udostępnij: