Piotr Bielawski Radio

Ether jazzu – blog na temat muzyki Piotra BielawskiegoPiotr Bielawski Blog:

Jazz&literatura w Chorzowie, czyli o dążeniu do równowagi pomiędzy słowem a dźwiękiem.

Pamiętam poprzednią edycję festiwalu Jazz&literatura: http://etherjazzu.pl/czas-mowic-wprost-i-po-to-ten-jazz-literatura-w-chorzowie/.
I doskonale pamiętam myśl, zapisaną w relacji z tej imprezy:
„Trzeba mieć niesamowitą odwagę, by balansować pomiędzy komercją, która niekoniecznie musi być pozbawiona wartości, a awangardą. Nie odrzucać kiczu, bawić się nim, skoro wszędzie go tyle… a przy tym pokazywać swoją wrażliwość, czyli po raz kolejny mówiąc wprost, piękno.

No to tym razem…
… jak mi się zdaje wszystkiego było o wiele więcej. Tego kiczu, zabawy, czy choćby takiej zwykłej radości, a z drugiej strony wrażliwości, melancholii, a co za tym idzie prawdziwego piękna.

Jestem przekonany, że było więcej, o czym za moment w kilku przykładach. Ale wcześniej należy postawić pytanie, odnoszące się do zamieszczonego powyżej cytatu:
czy to oznacza, że coraz więcej jest w nas odwagi, aby wypowiadać się w sposób niekonwencjonalny, nie dający się jednoznacznie sklasyfikować pod względem formy, niezwykle oryginalny?

Muszę przyznać, że na podstawie tegorocznych wydarzeń festiwalowych musiałbym mówić nie tyle o samej odwadze, lecz chwilami wręcz artystycznej brawurze, która na pewno z niej wynika, ale…

Najpierw miało być tanecznie za sprawą Broken Brass Ensemble, w składzie: Pieterklaas de Groot – perkusja, Hendrik Baarda – suzafon, Reinaldo Gaia – perkusjonalia, Luc Hudepohl – trąbka, Joel Botma – trąbka, Nick Feenstra – saksofon, Sjors Dijkstra – puzon, Arjen Attema – puzon.

foto: Lech Basel

Pochodzą z Holandii. A ta Holandia coraz ciekawsza – przyznam, obserwując pojawiające się nowe projekty. Już wcześniej zwrócił mi na to uwagę Wojtek Justyna, opowiadając o specyfice tamtejszych uczelni muzycznych, a także pokazując zespół, stworzony w oparciu o instrumentalistów poznanych na studiach.

Niezła mieszanka kulturowa pozwala mu tworzyć muzykę, mającą dobrze nam znaną i rozpoznawalną podstawę, ale rzeczywiście niczym więcej nie ograniczoną.
Kolejne holenderskie formacje jeszcze bardziej utwierdziły mnie w przekonaniu, że można myśleć o współczesnej muzyce z niesamowitym rozmachem. Co tam myśleć, bawić się nią znakomicie, poszukując inspiracji we wszystkim, począwszy od big bandów, po muzykę funky, czy w końcu wszędobylski, ale trzeba przyznać coraz bardziej różnorodny rap.

Ten opis znakomicie pasuje do muzyki formacji Broken Brass Ensemble. Bo to właśnie wystrzałowa mieszanka muzyczna, złożona z wielu stylów i gatunków.

Na plus zespołowi zaliczam szukanie własnego brzmienia, a także rozwiązań muzycznych, dzięki którym mogą być zawsze rozpoznawalni. Przyznam, że w kilku momentach byłem zaskoczony, słysząc, jak znakomicie potrafią połączyć ze sobą różnorodne i wcale nie proste rytmy.

Na minus zapisuję nieprzekonywujące wokale oraz improwizacje, wymykające się czasami spod kontroli. Faktycznie imponują swoją hard rockową siłą, jednak ewidentnie zbyt często biorą górę emocje i… dochodzi do głosu wspomniana brawura.

Co prawda z chaosu rodzi się znowu jakieś uporządkowanie, jednak niestety pozostawia na długo wrażenia wielkiego bałaganu. Na dodatek spotęgowanego ilością inspiracji, mających sprawić, że nie będziemy czuć się znużeni ich graniem.

By było jasne, nie sugeruję, by zrezygnować z gorących rytmów, swingu, czy czegokolwiek, z czego korzystają. Twierdzę, że powinni po prostu perfekcyjnie wszystko dopracować.

Tak czy inaczej, na szczęście nie przeszkadzało to tym, którzy chcieli się bawić. Specjalnie nie piszę o tych, którzy zamierzali tańczyć, bo nie do końca Broken Brass Ensemble prezentuje na tyle łatwą muzykę, aby ze spokojem kołysać się przy niej po sali, nie gubiąc rytmu:).

Potem miało być klimatycznie dzięki projektowi Grzegorz Nagórski Euphonium Electric Quartet, w składzie: Grzegorz Nagórski – puzon, Paweł Tomaszewski – instrumenty klawiszowe, Paweł Dobrowolski – perkusja, Michał Kapczuk – kontrabas.

foto: Lech Basel

Puzon, jako instrument wiodący, w dużym stopniu ogranicza przestrzeń, w której funkcjonuje muzyka – pomyślałem przed koncertem. Jeśli nawet oddać totalną wolność pozostałym instrumentom, aby mogły swobodnie improwizować, trzeba przyznać, że stanowią tylko swoistego rodzaju dopełnienie, bądź ewentualnie przeciwwagę dla wielości tych samych jednobarwnych dźwięków, z których składają się poszczególne kompozycje.

To nie musi oznaczać czegoś złego, biorąc pod uwagę, iż założeniem tworzonej muzyki może być dotarcie do głębokich rejonów ludzkiej wrażliwości, precyzyjne jej poruszenie, a więc wprowadzenie w stan odpowiedniego skupienia, dzięki któremu odkryjemy w sobie coś nowego, albo przeżyjemy coś na nowo.

Wyobraziłem sobie uspokojenie, co nie oznacza uśpienie, potrzebne człowiekowi do przeniesienia się w świat marzeń. Wydawało mi się, że jestem przygotowany…

… tymczasem cały czas czułem się zaskakiwany.

Po pierwsze radością, którą nieustannie odczuwałem, chociaż nie zabierała mi zdolności snucia nie tylko wesołych, ale również przerażająco smutnych rozważań.

Wyglądało to tak, jakbym oglądał niezwykle pogodny film, nie dotyczący konkretnie mojej osoby, a jedynie wywołujący refleksje, podyktowane tytułami utworów i ich elektryzującym klimatem.

Po drugie nie oczywistością tego, czego słuchałem.
Jakby muzyka była wielowarstwowa, a z drugiej strony na tyle nieskomplikowana, aby z łatwością przenosić mnie coraz dalej w głąb siebie.

W końcu docierałem do niezwykle pięknych, osobistych obrazów wiecznego marzyciela, jakim pozostaje na pewno Grzegorz Nagórski.
A gdy miałem już pewność, że poznałem wszystkie szczegóły danego obrazu, zaczynałem się bawić wraz z kolejnymi improwizacjami, coraz bardziej zaintrygowany.

Po trzecie – wracając do tego, czym byłem ciągle zaskakiwany – tak, czułem się zaskakiwany improwizacjami.
Gdy się pojawiały, nie czuło się skrępowania jakimiś nałożonymi ramami, choć przecież znały swoje miejsce i sens istnienia. Świadomie dobierały odpowiednie formy, z dbałością o spójność tworzonego dzieła, a przecież wszystko podlegało emocjom, niekoniecznie zamkniętym w określonej wcześniej przestrzeni. Były dopełnieniem i zarazem wypełnieniem. Bez nich nie byłoby takich samych obrazów, a może nie byłyby w ogóle skończone?

Trzeciego dnia – mojego ostatniego na Jazz&literatura – miało być mocno i wyraziście za sprawą poety Marcina Świetlickiego i zespołu Zgniłość.

Bez dwóch zdań – było! A ile było przy tym zabawy:)

foto: Lech Basel

Najwięcej radości mieli znawcy zarówno tekstów Marcina Świetlickiego, jak również szeroko rozumianej muzyki. W kilku kompozycjach pojawiło się bowiem wiele motywów ze znanych piosenek, wplecionych w nieszablonowy, a zarazem niewymuszony sposób pomiędzy słowa i dźwięki stanowiące prawdziwą wypowiedź Świetlika i jego kolegów. Świadomość przypadkowości i nieprzypadkowości ich wykorzystania stawała się podstawą do dalszych działań scenicznych, a jedynym ich ograniczeniem mogło pozostawać wyłącznie słowo Marcina Świetlickiego.

Jemu została podporządkowana całkowicie improwizacja. Tekst oczywiście też ulegał zmianom pod wpływem chwili, co pewnie nie było trudne do wychwycenia, ale ciekawsze wydawało mi się, jak zmieniają nasycenie i barwę pojedynczego słowa. Zastanowiłem się nad tym już w trakcie pierwszego utworu „Hotel Savoy”, słysząc go nie po raz pierwszy. I pomyślałem, że gdzieś znajduje się przecież granica pomiędzy dopracowaną formą, a potrzebą chwili. I zacząłem słuchać, próbując wyłapać, na ile sposób wypowiedzi wyznacza rytm muzyce, a na ile muzyka pod wpływem emocji potrafi ją zmienić.

Spójność nie pozwalała za każdym razem jednoznacznie odpowiedzieć na tak postawione pytanie. Spójność formy, w której można zmieścić naprawdę wiele, o czym przekonywali improwizujący muzycy.

Koncepcyjność i otwartość to idealny grunt do tworzenia, biorąc pod uwagę, że jedno daje pewność, drugie niezależność. Wiersze Marcina Świetlickiego potrzebują także odrobiny hałasu i awangardy. To takie elementy, które w pewien sposób mogą ograniczać muzykę. Trzeba po prostu wiedzieć, jak wiele tych elementów jest potrzebnych. To bodaj najważniejsze, mieć świadomość, jak wiele można ich użyć, z jak wielu zrezygnować dla dobra utworu, nie zatracając przy tym istoty tekstu.

Wtedy mamy do czynienia z równowagą pomiędzy słowem a dźwiękiem. Wtedy utwór, czy cały koncert jest kompletny. Wtedy odwaga nie przechodzi w niepotrzebną brawurę.

I w końcu… tak właśnie było na Jazz&literatura.

Aha, specjalnie zostawiłem sobie na zakończenie jedno zdanie nie dotyczące wprost muzyki, ale zdjęć Lecha Basela, na których wiele znakomitych postaci ze świata jazzu. Patrząc na fotografie, jakbym ich widział, jakbym znowu z nimi rozmawiał, jakby naprawdę siedzieli przede mną, z tym samym skupieniem albo uśmiechem. Na tych zdjęciach są tacy prawdziwi…

Filmiki z koncertów tegorocznego Jazz&literatura – patrz na FB: https://pl-pl.facebook.com/etherjazzublog/

Poleć znajomym / udostępnij: