Piotr Bielawski Radio

Ether jazzu – blog na temat muzyki Piotra BielawskiegoPiotr Bielawski Blog:

Jazzonalia w Koninie, do którego blisko ze wszystkich stron, czyli o tym, że tam to się można jazzu naprawdę nasłuchać…

Jazzonalia po raz 25 w Koninie. Czas świętować – stwierdziłem, wyruszając na jeden z koncertów. A tam, zwyczajnie, jakby nic się nie wydarzyło przez te wszystkie lata. Bez szampana i fajerwerków, co nie oznacza skromnie, biorąc pod uwagę artystów występujących na scenie. Jakby liczyło się tylko i wyłącznie, aby kolejny koncert zgromadził zadowoloną widownię, która wróci za rok, wciąż ciekawa tego jazzu…

I spodziewam się, że chętnie skorzysta po raz kolejny z zaproszenia, ponieważ miałem okazję obserwować niezwykle muzykalną publiczność, doskonale reagująca na prezentowaną muzykę, a co najważniejsze, potrafiącą w odpowiednich momentach ją docenić.

I nie mówię jedynie o pierwszej części wieczoru, w której swoje piosenki śpiewała Beata Przybytek, ale również klimatycznym graniu Marcin Wasilewski Trio, z gościnnym udziałem Nilsa Pettera Molvaera.

Beatę Przybytek od dawna chciałem usłyszeć „na żywo”. Słuchając najnowszej jej płyty „Today Girls Don’t Cry” wciąż się zastanawiałem, na ile można oddać szczegółowość i dopracowanie poszczególnych piosenek, nie pozbawiając ich przy tym odpowiedniej energii, niezwykle potrzebnej w takim przypadku. Wspomniana ciekawość zrodziła się we mnie w momencie, gdy zrozumiałem, że mają ogromny potencjał, ukryty pod warstwą wręcz idealnego ułożenia wszystkich dźwięków.

Tak, przy pierwszym przesłuchaniu zachwyciła mnie swoistego rodzaju selektywność, pozwalająca z łatwością zauważyć każdy najmniejszy detal, ozdobnik, użyty zarówno w warstwie wokalnej, jak również instrumentalnej. Dopiero po jakimś czasie zaczęło do mnie docierać, jak wielki wpływ na twórczość Beaty Przybytek miała muzyka, określana przeze mnie mianem „korzennej”.

Niech dla ułatwienia to będzie w czystej postaci blues i jazz, jako podstawa do komponowania i śpiewania. Jakiekolwiek flirtowanie z innymi gatunkami muzycznymi, w tym z popem, którego obecność także zauważam w jej piosenkach, z pewnością ma związek z szerokimi zainteresowaniami artystki, a przede wszystkim otwartością na współczesną muzykę. I jest najlepszym przykładem, czym w swojej istocie jest dzisiejsza piosenka.

Powracając jednak do wspomnianych korzeni, bezsprzecznie nadają niektórym z tych utworów oryginalnego wyrazu, stając się źródłem wspomnianej energii, na którą liczyłem podczas koncertu. Bo przecież blues i jazz to muzyka, która potrafi działać na publiczność, uwalniając, jak żadna inna, niewyobrażalne pokłady spontaniczności. Czyż nie mam racji?

Pewnie wszyscy pomyślą, że czegoś mi brakowało w tym względzie, skoro stawiam takie pytanie… I muszę przyznać, że podczas koncertu odczułem potrzebę totalnego szaleństwa. Zacząłem przypominać sobie nazwiska amerykańskich wokalistek, które emanują ze sceny energią. I wtedy…

… dotarło do mnie, że moja wyobraźnia została uruchomiona pod wpływem inspiracji, znalezionych niespodziewanie w piosenkach Beaty Przybytek. Co więcej, odkryłem siłę sugestywności, a zarazem delikatności w jej głosie.

Delikatności, która prowadziła mnie swoją melodyjnością, dając możliwość dotarcia do wszystkiego, czym się wcześniej zachwycałem. Nie będę jednak opisywał fascynujących harmonii, nie będę powracał do wielości szczegółów, z których zbudowane są poszczególne kompozycje, sugerując, by państwo sami posłuchali płyty.

A na koncercie proszę się poddać tej melodyjności. Pozwolić Beacie Przybytek się rozśpiewać. W Koninie było genialne śpiewanie:).

Po przerwie, zaledwie kilka pierwszych dźwięków przeniosło nas wszystkich w czasie i przestrzeni, co najbardziej było odczuwalne w głębokim oddechu sąsiada, który prawie natychmiast zapadł w miękkim fotelu. Jego uśmiech zdradzał, że spodziewa się czegoś niespodziewanego, bez jakiejkolwiek obawy, że wykroczy to poza obszar jego wyobraźni i wrażliwości.

Na scenie pojawili się Marcin Wasilewski Trio & Nils Petter Molvaer. Jak tylko usłyszałem, że wystąpią razem, zdecydowałem, że koniecznie muszę pojechać na ich koncert. Nie grają zbyt często ze sobą, więc taka okazja może się szybko nie zdarzyć – pomyślałem.

Ciekawiło mnie, jak wiele swoich dźwiekowych eksperymentów wykorzysta Nils Petter Molvaer podczas wspólnego grania z klasycznym, a co ważniejsze niezwykle oryginalnym trio jazzowym Marcina Wasilewskiego. Intrygowało, na ile będą się uzupełniać, a na ile nawzajem inspirować. W końcu chciałem usłyszeć brzmienie, jakie uda im się uzyskać, w przeświadczeniu, że powinno być niezwykle wysublimowane i stanowić punkt wspólny dla poszukiwań wszystkich osobowości, biorących udział w tym projekcie.

Wystąpili: Marcin Wasilewski – fortepian, Sławomir Kurkiewicz – kontrabas, Michał Miśkiewicz – perkusja, Nils Petter Molvær – trąbka, instrumenty elektroniczne.

Na początku odczułem silną potrzebę wypowiedzi. Nieograniczony czas improwizacji i mocne akcentowanie dawało wrażenie wstępu, przedstawienia postaci. Powstawały niezwykłe formy muzyczne, chowające się w rozmytym pejzażu elektronicznych uniesień, innym razem wydobywające się z głębokich warstw tej elektroniki. To sprawiało, że fortepian Marcina Wasilewskiego jeszcze bardziej podkreślał jego genialność, trąbka Nilsa ukazywała w pełni złożoność myśli i emocji, którymi przecież zawsze dysponował.

Można siebie poszukiwać, gdy gra tak znakomita sekcja, nie tylko utrzymująca rytm i napięcie, ale do tego niesamowicie inspirująca – przyszło mi na myśl, w momencie, gdy śladem sąsiada postanowiłem zamknąć oczy, by oddać się tylko słuchaniu.

Jakbym przewidział, co się stanie. Wspomniane poszukiwania doprowadziły ich na kolejny pułap tworzenia. Znaleźli odpowiednią dla siebie przestrzeń, w której muzyka zaczęła wyraźnie wymykać się pojęciu samego jazzu, chwilami pozwalając zapanować nad całością syntetycznym dźwiękom, by potem korzystać z ich barwy i uzyskanej tonacji.

Dzięki temu zaczęła brzmieć nad wyraz klimatycznie. I wydawało się, że dopiero wtedy, gdy samemu odczuwali prawdziwą jej magię, mogli z odpowiednią precyzją realizować wszystko, co wcześniej zamierzyli, bądź wymyślili już w trakcie improwizacji.

To było niesamowite usłyszeć tak delikatnego Marcina Wasilewskiego, refleksyjnego i sentymentalnego. Odczuwać u Nilsa Pettera Molvaera coraz większą potrzebę odkrycia w sobie choćby cząstki jakiejś nieznanej prawdy. I nie czuć przy tym w ogóle potrzeby zastanawiania, dokąd ta podróż ma mnie doprowadzić.

Aż strach pomyśleć, co by było, gdyby częściej razem grali:)

I tyle Jazzonalii miałem w tym roku. Może więcej w przyszłym? W końcu do Konina jest tak samo blisko ze wszystkich stron, jakby nie patrzeć… Oby tylko trwały!

Poleć znajomym / udostępnij: