Piotr Bielawski Radio

Ether jazzu – blog na temat muzyki Piotra BielawskiegoPiotr Bielawski Blog:

Ladies’ Jazz Festival: Dianne Reeves przyjechała, rozejrzała się wokół, i zaprosiła wszystkich do swojego domu.

Pamiętam ostatni koncert Dianne Reeves w Polsce: http://etherjazzu.pl/bielska-zadymka-jazzowa-dianne-reeves-doskonala-w-kazdym-stylu/.

Piszę, jakby upłynęlo mnóstwo czasu, zacierając pamięć tamtych zdarzeń. Ale przecież występ amerykańskiej gwiazdy w Bielsku – Białej zdarzył się całkiem niedawno, więc nie powinienem mieć problemu z przypominaniem sobie tamtego wieczoru.
Pisałem wtedy w relacji, że Dianne Reeves była doskonała w każdym stylu. I skoro nadal podtrzymuję swoje zdanie, czy to oznacza, że spektakl, który stworzyła na Ladies’ Jazz Festival w ogóle mnie nie zaskoczył?

Postawione pytanie nie stanowi wstępu do rozważań, czy można zaśpiewać bardziej perfekcyjnie. Bez sensu się nad tym zastanawiać w przypadku Dianne Reeves, która od dawna przekonuje, że nie śpiewa piosenek, lecz za każdym razem tworzy sztukę na najwyższym poziomie. To wystarczający powód, by pojawić się na wszystkich jej koncertach – pomyślałem i pojechałem do Gdyni na Ladies’ Jazz Festival.

Przez całą drogę się zastanawiałem, czym nas zaskoczy tym razem Dianne Reeves. Czy jeszcze raz pokaże szeroki wachlarz swoich możliwości, czy dodatkowo postara się udowodnić, jak kreatywnie powinno się podchodzić do swoich koncertów, aby nie popaść w powszechną rutynę, dopadającą zbyt często nawet najlepszych.

Trzeba przyznać, że wymyśliła prawdziwy spektakl.
Zapowiedziała bowiem po pierwszym utworze, że zaprasza wszystkich do swojego domu. Zależało jej na stworzeniu atmosfery, jakby rzeczywiście śpiewała w salonie, w którym udało się zmieścić nie tylko jej zespół, ale również zapełnioną po brzegi salę Teatru Muzycznego w Gdyni.

I faktycznie już po chwili przestała istnieć jakakolwiek bariera pomiędzy Dianne Reeves a publicznością.

No, dobrze, aby zachować chronologię wydarzeń, najpierw zostaliśmy zaskoczeni niesamowitą wersją „Summertime”, w której każdy z muzyków mógł się wykazać prawdziwą kreatywnością. Odkrywanie na nowo tego starego, poczciwego tematu sprawiało niesamowitą przyjemność, zwłaszcza przy solowych wyczynach poszczególnych muzyków, aż wreszcie stwierdziłem, że dawno nie słyszałem tak zwyczajnej, a przy tym niezmiernie oryginalnej wersji tego utworu.

Dość szybko przyszedł moment, w którym wszyscy poczuli niesamowitą energię, ewidentnie poddając się muzyce. Brawa dla wchodzącej Dianne Reeves nie wynikały już tylko ze swoistego rodzaju oczekiwania na coś naprawdę wielkiego. Stanowiły wyraz pragnienia, w którym odczuwało się potrzebę nie tyle obcowania ze sztuką, ale uniesienia wraz z nią wysoko, gdzie wszystko nabiera innego znaczenia.

Tymczasem Dianne Reeves poprosiła, żeby wszyscy usiedli wygodnie w jej salonie, rozgościli i zrelaksowali, a ona będzie dla nas śpiewać. Mieliśmy zupełnie zapomnieć, gdzie się znajdujemy, i spróbowac sobie wyobrazić, że nie ulatujemy w nieznane, a wygodnie siedzimy w fotelu, pomiędzy fortepianem, kontrabasem i basem, perkusją, w końcu gitarą po drugiej stronie pokoju.

Znów miałem okazję usłyszeć, jak wiele inspiracji ją dotyka, bez względu czy śpiewa balladę, czy mieszają się w jej piosence gorące rytmy, którymi nasiąkniętych jest amerykańska ulica. Jakby odkrywała swoją tożsamość na naszych oczach, chwilami naprawdę rozczulając.

Momenty błyskawicznie się zmieniały. Już chwilę później bawiła się z widownią, zapraszając do podnoszenia włączonych telefonów komórkowych, albo prosząc, aby razem z nią zaśpiewała.

Bez dwóch zdań polska publiczność wprawiła w zachwyt Dianne Reeves. Z dumą i podziwem zauważałem naszą narodową muzykalność oraz doskonałą znajomość piosenek artystki, zwłaszcza z ostatniej płyty, które stanowiły podstawę tego koncertu.
Przepięknie głębokim głosem poruszała najczulsze struny naszej wrażliwości. Tak, chwilami się wydawało, jakby dotarło wreszcie do nas przesłanie tych piosenek, a nie tylko piękno ich melodii.

Na zakończenie, choć nikt się tego nie spodziewał, na scenie pojawiła się Urszula Dudziak. Dianne Reeves wspomniała ją wcześniej, po raz kolejny opowiadając, jak to zapragnęła śpiewać, gdy usłyszała utwór Papaya.

Ten duet stał się przysłowiową kropka nad „i”. Jeśli komuś brakowało swobodnej, a nie zaplanowanej improwizacji, zapewne ostatnie minuty spektaklu spędził z szeroko otwartymi ustami, nie mogąc się nasłuchać. Ich głosy zabrzmiały w idealnych proporcjach, z odpowiedniem nasyceniem emocjonalnym uzupełniały siebie nawzajem, w pełni oddawały, czym powinna się charakteryzować prawdziwa sztuka.

Niesamowita zabawa! Powstałej energii wystarczyłoby na rozbawienie co najmniej jeszcze jednej tak wielkiej sali koncertowej.

Ech, po czym Dianne Reeves umiejętnie przeprosiła, że musi zakończyć swój występ, gdyż wcześnie rano wylatuje do…

Proszę mi wierzyć, chciałbym częściej przeżywać takie chwile, aby potem w tak grzeczny sposób zostać wyproszonym z czyjegoś domu, bo zrobiło się zbyt późno:).

Aha, i niech żałują, którzy nie byli po koncercie w kawiarni „U Muzyk’uff”, gdzie zagrał na fortepianie… ale o tym następnym razem:).

Post scriptum:
zauważyłem, że na Ladies’ Jazz Festival nie po raz pierwszy mieliśmy do czynienia z formą spektaklu:
http://piotrbielawski.natemat.pl/24181,patricia-barber-wystapila-na-ladie-s-jazz-festival-boso-z-filizanka-w-dloni-spiewajac-o-losie-porzuconej-singielki

Poleć znajomym / udostępnij: