Piotr Bielawski Radio

Ether jazzu – blog na temat muzyki Piotra BielawskiegoPiotr Bielawski Blog:

Ned Rothenberg/Hamid Drake: Jak grom z jasnego nieba…

Ten koncert zapowiadałem jako niezwykłe wydarzenie: http://etherjazzu.pl/zrobmy-sobie-koncert-swiatowa-premiera-duetu-ned-rothenberg-i-hamid-drake-w-polsce-to-naprawde-mozliwe/; i rzeczywiście takim się stało za sprawą przede wszystkim genialności tych dwóch muzyków, ale nie tylko, jak się okazało zaledwie po chwili ich grania:).

Mówimy o czymś wyjątkowym, gdy w jednym miejscu i jednym czasie nakładają się na siebie wszystkie elementy, potrzebne, aby uznać, że mamy do czynienia z czymś kompletnym – czytaj: dopracowanym w każdym szczególe.
I takie momenty od razu zauważamy, choć wtedy nie mamy przecież czasu na ich analizę, ulegajac całkowicie swoim emocjom.

Bez dwóch zdań, intensywnie przeżywamy coś wszystkimi zmysłami, a to stanowi podstawę do stwierdzenia, że jesteśmy uczestnikami naprawdę niezwykłego wydarzenia. Właśnie w takim znaczeniu użyłem sformułowania „niezwykłe wydarzenie”.

Skoro wszyscy słuchający przeżywali tak mocno ich muzykę, bezsprzecznie każdą swoją cząstką musieli ją przeżywać Ned Rothenberg i Hamid Drake. Tego jestem pewny. Tak samo jestem przekonany, że uleganie emocjom nie przeszkadzało im w dbaniu o formę poszczególnych improwizacji.

Dalej robi się jeszcze ciekawiej, biorąc pod uwagę, że wspomniana forma była wypadkową zarówno osobistych doświadczeń, jak również po części odrębnych kultur, którymi się inspirują.

Zakładając, że mogą się one uzupełniać, bądź nakładać na siebie, dający początek czemuś specyficznemu, nieokreślonemu, czy w końcu wręcz wypierać, dając szansę zaistnienia silniejszym elementom, z którym wariantem mieliśmy tym razem do czynienia?

Otóż, wydawało mi się, jakby poszukiwali w istocie poza sobą. Opierali się na doskonałym warsztacie, operowali charakterystycznym dla siebie językiem, lecz jakby słuchali miasta, w którym przyszło im się spotkać, w którym wszystko wydawało im się co najmniej inne, dzięki czemu stanowiło znakomity przyczynek do improwizacji.

Tak, można powiedzieć, że wykorzystywali w zależności od potrzeby wszystkie wymienione warianty, aby nadać odpowiedni kształt swojej muzyce.

Najbardziej skomplikowane podziały rytmiczne były bardziej odzwierciedleniem ich odczuwania „tu i teraz”, niżeli próbą przeniesienia słuchających na drugi koniec świata. No, może poza jednym wyjątkiem, czyli utworem z osobistą opowieścią Hamida Drake’a. Ok, ale proszę przyznać, że nikt nie czuł się wyobcowany nawet w momencie, gdy wyśpiewywał swoją opowieść.

Tak samo Ned Rothenberg i Hamid Drake nie okazywali jakiegokolwiek zagubienia, a jedynie coraz większe zainteresowanie miejscem i zdarzeniem. Z każdą chwilą było to wyraźniej odczuwalne, co nie znaczy, że towarzyszła temu wciąż narastająca energia, w konsekwencji udzielająca się również publiczności.

Perfekcja polegała także na nieustannym koncepcyjnym myśleniu o koncercie, jako spektaklu. Idealnie wręcz przeplatały się chwile wyciszenia, w których pojedyncze dźwięki można było przyporządkować temu, co słyszymy na co dzień, z pełnymi jazgotu i nieuporządkowania fragmentami, podnoszącymi człowieka wręcz z krzesła, na którym siedział.

Jakby tego było mało, nagle i niespodziewanie pojawiła się nad „Ciągotami i tęsknotami” burza, której głośne uderzenie idealnie zakończyło pierwszy utwór, trwający ponad dwadzieścia minut.

Burza została zesłana przez zachwycone niebiosa – zdążyłem pomyśleć, i nastąpiło kolejne uderzenie na początku drugiej części tego koncertu. Tym razem nie wpasowało się już tak idealnie, więc zamilkło, by dalej nie przeszkadzać. Jeszcze dało znać o sobie po dłuższej przerwie, lecz chyba tylko po to, aby pokłonić się geniuszowi grających i uzmysłowić wszystkim, w jak wyjątkowym wydarzeniu biorą udział.

A oni raz za razem uderzali, dokładnie tak samo, jak ten grom z jasnego nieba :).

Ulewa się skończyła tuż przed niesamowitym bisem, czyli… ech, długo by opowiadać. Dawno nie słyszałem tak intrygującej wersji jednego z moich ulubionych utworów. Jakiego? Żałujcie, jeśli was nie było. Nie powiem. Następnym razem sami się wybierzcie na koncert Neda Rothenberga i Hamida Drake’a, a usłyszycie rzeczy naprawdę fantastyczne – jestem o tym przekonany.

Poleć znajomym / udostępnij: