Piotr Bielawski Radio

Ether jazzu – blog na temat muzyki Piotra BielawskiegoPiotr Bielawski Blog:

Opowiem o trzech koncertach i jednej rozmowie – i będziecie wiedzieć wszystko na temat Enter Music Festival 2016:)

Pierwszy dzień – pierwszy koncert – i do razu moment do zapisania w notatniku (albo – jak w moim przypadku – do zapamiętania, gdy zwyczajnie szkoda czasu na robienie notatek).
Od razu nie miałem wątpliwości, że mam do czynienia z jednym z najciekawszych wydarzeń tegorocznego Enter Music Festival. Na scenie Kuba Płużek, Maksymilian Mucha, Marek Pospieszalski, Dawid Fortuna.

Nie powiem, że po raz pierwszy miałem wrażenie, jakby dbanie o formę obejmowało nie tylko określone improwizacje, ale również dotyczyło proporcji pomiędzy indywidualnymi wypowiedziami. Nie byłem zdziwiony, że Kuba, Maks, Marek i Dawid mają swój oryginalny język wypowiedzi. Wielokrotnie miałem bowiem okazję się przekonać, jak charakterystycznymi i perfekcyjnymi stali się muzykami. Byłem raczej zachwycony, jak dalece mogą się otworzyć, bez obawy o spójność granego materiału.

Niestety wielu ma z tym problemy podczas improwizacji. I jeśli nawet nie wybiegają poza określone wcześniej ramy, to na pewno robią wszystko, aby zaznaczyć swoją obecność. Tymczasem usłyszałem mnóstwo spokoju w każdym ich uniesieniu, genialność uporządkowania myśli, a także nieskrywaną radość z tworzenia idelanego wręcz brzmienia. Jakby takim samym priorytetem było dla nich cyzelowanie każdego pojedynczego dźwięku, co zachowanie wcześniejszych założeń.

To prawda, że najważniejsza jest kompozycja, dająca możliwość swobodnej wypowiedzi. Jednak równie ważna okazała się w tym przypadku świadomość, dzięki której bardziej skupiali się na odnalezieniu nowego środka wyrazu, czy nowej emocji, mogącej wzbogacić dany utwór, niżeli na kolejnym ukazywaniu swoich walorów.

Tak, stanowią niesamowicie twórczy skład, złożony z czterech wciąż młodych i nadal obiecujących osobowości, a już tak wiele potrafiących. Na marginesie, reprezentujących piekielnie zdolne pokolenie, a może nawet lepiej powiedzieć – pokolenia. No to już czekam na ciąg dalszy, z pewnością, że się doczekam:).

Drugi dzień – pierwszy koncert – i natychmiast przeświadczenie, że biorę udział w czymś wyjątkowym. Na scenie Nikola Kołodziejczyk Orchestra.

Jakbym w krótkim czasie przeżył niesamowitą podróż, spotykając na swojej drodze big bandy i orkiestry, będące wzorcem dla tego typu muzyki. I co rusz dochodziłem do wniosku, że jednak bezsensowne są jakiekolwiek porównania.

Aż w pewnym momencie musiałem stwierdzić, że jedyne co mogę zrobić, to uznać przentowane „Chord Nation” za dzieło nad wyraz współczesne.

Wszelkie użyte analogie mają ewentualnie pokazać mi kontekst, pozwalający lepiej zrozumieć istotę wypowiedzi – pomyślałem, by już zaledwie po chwili zachwycać się drobiazgowo dopracowanymi aranżacjami.

Może faktycznie słyszałem czasami Gershiwna, a może wyłącznie dlatego, że chciałem go w tym ich graniu odnaleźć, przywiązany niesamowitą miłością do tego twórcy – do czego powinienem się wreszcie przyznać.

Albo momentami wokalizy Agi Kiepuszewskiej kazały mi poszukiwać – chociażby w latach 70-tych – jednak szybko porzucałem wszelkie rozważania, aby nie utracić kolejnej pięknej chwili.

Gdy widownię cieszyły dźwieki wyjątkowych instrumentów – takich jak rożek czy wibrafon, na które Nikola Kołodziejczyk zwracał uwagę przed występem – śledziłem z uwagą saksofony i trąbki. Ich potężna siła przekonywała, że mamy do czynienia nie tylko z czymś naprawdę perfekcyjnym, ale również idealnie odpowiadającym potrzebie czasów, w których żyjemy.

Muzyka Nikoli Kołodziejczyka jest aż tak sugestywna, że wręcz zabiera zdolność jakiegokolwiek wyobrażenia, jak mogłaby zabrzmieć inaczej taka współczesna orkiestra. I jeszcze jedna refleksja – „na żywo” wszystko brzmi lepiej niż z płyty, bez względu, czy wykonanie jest równie doskonałe.
Ta muzyka potrzebuje po prostu o wiele więcej przestrzeni, niżeli jakakolwiek inna – o czym nie muszę chyba nikogo przekonywać.
A gdy zaczynał wiać silny wiatr, kołysząc do tego drzewami… Ech, niesamowite wrażenie, które na pewno we mnie pozostanie – proszę mi wierzyć.

Dzień drugi – koncert drugi – na który czekałem z nadzieją przeżycia czegoś naprawdę magicznego. Na scenie Iva Bittova, Oskar Torok, Leszek Możdżer.

W tym przypadku każdy dźwiek był uzupełnieniem wcześniejszego i dopełnieniem ciszy. Dzięki temu udawało się tworzyć wyjątkowo piękne melodie z taką łatwością, z taką łatwością…

Nie będę rozpisywał się na temat podziałów rytmicznych – niebagatelny udział miał w tym Zohar Fresco, zaproszony jako gość specjalny – jednak ich wyjątkowość dawała możliwość zachwycania się naprawdę czymś niecodziennym.

Jednak, co najciekawsze, choć rzeczywiście odczuwaliśmy odrębność kulturową, stanowiącą podstawę tych utworów, rozumieliśmy instynktownie skąd się wywodzą. Nie czuliśmy ani przez moment zagubienia, choć ewidentnie były przecież wynikiem nałożenia się co najmniej kilku kultur, z których zostały przeniesione na grunt improwizacji.

Może dlatego, że stanowiły swoistego rodzaju opowieści, podawane w formie bajek, baśni? Przypominałem sobie płytę nagraną przez Mari Boine i Jana Garbarka. Zresztą, Iva Bittowa występowała na jednej scenie ze wspomnianą Mari, więc może rzeczywiście pozostała w niej jakaś inspiracja. Tak czy inaczej głos Ivy sprawiał, że wszystko unosiło się wraz z nią gdzieś wysoko, w powietrzu.

Do tego brzmiała roztańczona trąbka, momentami jakby uprzedzając ciąg dalszy opowiadanej historii, i wreszcie hipnotyzował rytm, bądź złożoność rytmów, które albo ją przyśpieszały, albo spowalniały.

Aha, jeszcze na bis pojawiła się kolęda, niesamowicie potęgując magię, opadającą powoli, bardzo powoli… No, zaczarowali wszystkich – trzeba przyznać.

Nie odczarowuj mnie – powiedziała kobieta do swojego partnera, idąc w kierunku jeziora. Coś tam odpowiedział, ale szybko ucięła rozmowę, powtarzając: nie odczarowuj mnie.

I niech tak pozostanie:)… Kto się wybiera za rok na Enter Music Festival?

Poleć znajomym / udostępnij: