Piotr Bielawski Radio

Ether jazzu – blog na temat muzyki Piotra BielawskiegoPiotr Bielawski Blog:

Patricia Barber wystąpiła na Ladie’s Jazz Festival boso, z filiżanką w dłoni, śpiewając o losie porzuconej singielki.

Patricia Barber w latach 90-tych stała się prawdziwym objawieniem w jazzie. Zdobyła uznanie w Chicago serią koncertów odbywających się pięć razy w tygodniu, po czym wyruszyła na podbój Europy. Tym razem pojawiła się wyjątkowo jako „Patricia Barber’s Nat King Cole Trio”. Oprócz niej zespół tworzą: John Kregor – gitara, Larry Kohut – kontrabas. W tym składzie zagrała zaledwie dwa koncerty w Europie. Jedyny w Polsce miał miejsce w Gdyni!

Patricia Barber w latach 90-tych stała się prawdziwym objawieniem w jazzie. Zdobyła uznanie w Chicago serią koncertów odbywających się pięć razy w tygodniu, po czym wyruszyła na podbój Europy. Tym razem pojawiła się wyjątkowo jako „Patricia Barber’s Nat King Cole Trio”. Oprócz niej zespół tworzą: John Kregor – gitara, Larry Kohut – kontrabas. W tym składzie zagrała zaledwie dwa koncerty w Europie. Jedyny w Polsce miał miejsce w Gdyni!

Usiadła za fortepianem, zaczęła grać – dając czas gitarzyście i kontrabasiście, by zajęli swoje miejsca – i od razu zrobiło się cieplutko, jak w domu.
Preludium zakończyła wymownym pytaniem do muzyków, czy są gotowi. Tak naprawdę wystarczyła chwila, spojrzenie, łyk z filiżanki postawionej przy fortepianie, aby rozpocząć. Jej pokrzykiwania, oddające aprobatę tego, jak doskonale grają, dodawały kolorytu w każdym utworze, przypominając, że mamy do czynienia z koncertem. Tymczasem poszczególne utwory zaczynały się układać w obraz samotnej, porzuconej singielki, spacerującej boso po domu, czasami grającej na fortepianie, chwilami płaczącej, albo pocieszającej siebie, że będzie dobrze.

Najpierw pojawiła się brazylijska melancholia, pokazująca jej niesamowite zdolności interpretacyjne. Potrafiła bowiem niezauważenie przejść od melodyjnego śpiewania do melorecytacji, będącej narracją, bądź po chwili nawet dialogiem. Wszystko po to, by pokazać historię porzuconej kobiety, która czeka na pogodzenie się z losem.
Następnie przyszła kolei na „Shall we dance”, poruszającą wersję w przenośni i dosłownie. Znowu zauważyłem, jak łączą się dwa światy – koncertu ze spektaklem stworzonym z piosenek, których kolejność narzucała zespołowi w porozumienie z tabletem leżącym na fortepianie? Wspomniała o genialności swoich muzyków, pozostawiając ich samych na scenie. Wstała, zabierając ze sobą filiżanką dopitą do połowy.

Zagrali znany temat, chyba po raz drugi nawiązując do nazwy zespołu. Wcześniej to Patricia wplotła w swoje solo charakterystyczny motyw, przypominając, dlaczego to „Patricia Barber’s Nat King Cole Trio”. Powołanie do życia takiego składu nie oznaczało powrotu do utworów Nat King Cole’a. Zasadniczo stanowiło punkt wyjścia do tworzenia w oparciu o fortepian, gitarę i kontrabas. Takie własnie instrumentarium jest znane z legendarnych nagrań Nat King Cole’a , którego postanowiła w ten sposób docenić.
Patricia Barber i idea występowania w takim trio została przeze mnie przedstawiona w artykule zapowiadającym jej przyjazd na Ladies’ Jazz Festival:[url=http://piotrbielawski.natemat.pl/19071,angie-stone-zaspiewa-w-bialymstoku-a-patricia-barber-w-gdyni-niestety-w-tym-samym-czasie]Patricia Barber w Gdyni[/url]

Potem był „Scream”. Patricia spytała, jak to brzmi po polsku. Odpowiedzieli prawie wszyscy. W natłoku głosów nie mogła zrozumieć, więc jakiś facet krzyknął, wywołując jej uśmiech. To był ważny moment, dający kolejny popis jej możliwości wokalnych, ale także punkt zwrotny w opowiadanej przez nią historii. Jeszcze nauczę się błyszczeć tak samo, jak potrafiłam będąc z tobą – zaśpiewała na zakończenie, po kilku równie pięknych wersach, do których sięgnę za moment. Bisowała tylko raz, z wyjątkową wersją „Summertime”.
By zobrazować prawdziwe mistrzostwo w tym wszystkim, opiszę ostateczne „Summertime”, jako swoistego rodzaju kwintensencję całego wydarzenia.
Oto więc najpierw pojawiły się pojedyncze dźwięki kontrabasu, które byłyby nie do rozszyfrowania dla wielu, gdyby nie zapowiedź. Po chwili zaczęła snuć się gitara i dopiero wtedy pojawił się wokal. Robiło się deszczowo, coraz mocniej i mocnej. Wyraźniej zaznaczały się krople rozpaczy, grane od tej chwili na fortepianie, bo kontrabas improwizował zaraz po gitarze zupełnie ginącej. Fortepan miał w końcu spowolnić, aby powracający głos mógł rzeczywiście ukoić, stając się epilogiem.
Tuż przed „Summertime” zagrała przesterowana gitara, a Patricia śpiewała o dźwięku zranionego serca: Chcę spać do czasu, aż nie zadzwonisz…niech lato przeminie, chcę spać, przespać to wszystko…a zimą poczytam, coś tam zrobię i znowu usnę, by potem mieć siłę..dziecko pewnie zdąży dorosnąć, przeminą te wszystkie pory roku i będę spokojna, kiedyś, wiem o tym…
Tak było, mniej więcej, zanim nastąpił naprawdę koniec.

Patricia Barber w latach 90-tych stała się prawdziwym objawieniem w jazzie. Zdobyła uznanie w Chicago serią koncertów odbywających się pięć razy w tygodniu, po czym wyruszyła na podbój Europy. Tym razem pojawiła się wyjątkowo jako „Patricia Barber’s Nat King Cole Trio”. Oprócz niej zespół tworzą: John Kregor – gitara, Larry Kohut – kontrabas. W tym składzie zagrała zaledwie dwa koncerty w Europie. Jedyny w Polsce miał miejsce w Gdyni!

Usiadła za fortepianem, zaczęła grać – dając czas gitarzyście i kontrabasiście, by zajęli swoje miejsca – i od razu zrobiło się cieplutko, jak w domu.
Preludium zakończyła wymownym pytaniem do muzyków, czy są gotowi. Tak naprawdę wystarczyła chwila, spojrzenie, łyk z filiżanki postawionej przy fortepianie, aby rozpocząć. Jej pokrzykiwania, oddające aprobatę tego, jak doskonale grają, dodawały kolorytu w każdym utworze, przypominając, że mamy do czynienia z koncertem. Tymczasem poszczególne utwory zaczynały się układać w obraz samotnej, porzuconej singielki, spacerującej boso po domu, czasami grającej na fortepianie, chwilami płaczącej, albo pocieszającej siebie, że będzie dobrze.

Najpierw pojawiła się brazylijska melancholia, pokazująca jej niesamowite zdolności interpretacyjne. Potrafiła bowiem niezauważenie przejść od melodyjnego śpiewania do melorecytacji, będącej narracją, bądź po chwili nawet dialogiem. Wszystko po to, by pokazać historię porzuconej kobiety, która czeka na pogodzenie się z losem.
Następnie przyszła kolei na „Shall we dance”, poruszającą wersję w przenośni i dosłownie. Znowu zauważyłem, jak łączą się dwa światy – koncertu ze spektaklem stworzonym z piosenek, których kolejność narzucała zespołowi w porozumienie z tabletem leżącym na fortepianie? Wspomniała o genialności swoich muzyków, pozostawiając ich samych na scenie. Wstała, zabierając ze sobą filiżanką dopitą do połowy.

Zagrali znany temat, chyba po raz drugi nawiązując do nazwy zespołu. Wcześniej to Patricia wplotła w swoje solo charakterystyczny motyw, przypominając, dlaczego to „Patricia Barber’s Nat King Cole Trio”. Powołanie do życia takiego składu nie oznaczało powrotu do utworów Nat King Cole’a. Zasadniczo stanowiło punkt wyjścia do tworzenia w oparciu o fortepian, gitarę i kontrabas. Takie własnie instrumentarium jest znane z legendarnych nagrań Nat King Cole’a , którego postanowiła w ten sposób docenić.

Potem był „Scream”. Patricia spytała, jak to brzmi po polsku. Odpowiedzieli prawie wszyscy. W natłoku głosów nie mogła zrozumieć, więc jakiś facet krzyknął, wywołując jej uśmiech. To był ważny moment, dający kolejny popis jej możliwości wokalnych, ale także punkt zwrotny w opowiadanej przez nią historii. Jeszcze nauczę się błyszczeć tak samo, jak potrafiłam będąc z tobą – zaśpiewała na zakończenie, po kilku równie pięknych wersach, do których sięgnę za moment. Bisowała tylko raz, z wyjątkową wersją „Summertime”.
By zobrazować prawdziwe mistrzostwo w tym wszystkim, opiszę ostateczne „Summertime”, jako swoistego rodzaju kwintensencję całego wydarzenia.

Oto więc najpierw pojawiły się pojedyncze dźwięki kontrabasu, które byłyby nie do rozszyfrowania dla wielu, gdyby nie zapowiedź. Po chwili zaczęła snuć się gitara i dopiero wtedy pojawił się wokal. Robiło się deszczowo, coraz mocniej i mocnej. Wyraźniej zaznaczały się krople rozpaczy, grane od tej chwili na fortepianie, bo kontrabas improwizował zaraz po gitarze zupełnie ginącej. Fortepan miał w końcu spowolnić, aby powracający głos mógł rzeczywiście ukoić, stając się epilogiem.
Tuż przed „Summertime” zagrała przesterowana gitara, a Patricia śpiewała o dźwięku zranionego serca: Chcę spać do czasu, aż nie zadzwonisz…niech lato przeminie, chcę spać, przespać to wszystko…a zimą poczytam, coś tam zrobię i znowu usnę, by potem mieć siłę..dziecko pewnie zdąży dorosnąć, przeminą te wszystkie pory roku i będę spokojna, kiedyś, wiem o tym…
Tak było, mniej więcej, zanim nastąpił naprawdę koniec.

Usiadła za fortepianem, zaczęła grać – dając czas gitarzyście i kontrabasiście, by zajęli swoje miejsca – i od razu zrobiło się cieplutko, jak w domu.
Preludium zakończyła wymownym pytaniem do muzyków, czy są gotowi. Tak naprawdę wystarczyła chwila, spojrzenie, łyk z filiżanki postawionej przy fortepianie, aby rozpocząć. Jej pokrzykiwania, oddające aprobatę tego, jak doskonale grają, dodawały kolorytu w każdym utworze, przypominając, że mamy do czynienia z koncertem. Tymczasem poszczególne utwory zaczynały się układać w obraz samotnej, porzuconej singielki, spacerującej boso po domu, czasami grającej na fortepianie, chwilami płaczącej, albo pocieszającej siebie, że będzie dobrze.

Najpierw pojawiła się brazylijska melancholia, pokazująca jej niesamowite zdolności interpretacyjne. Potrafiła bowiem niezauważenie przejść od melodyjnego śpiewania do melorecytacji, będącej narracją, bądź po chwili nawet dialogiem. Wszystko po to, by pokazać historię porzuconej kobiety, która czeka na pogodzenie się z losem.
Następnie przyszła kolei na „Shall we dance”, poruszającą wersję w przenośni i dosłownie. Znowu zauważyłem, jak łączą się dwa światy – koncertu ze spektaklem stworzonym z piosenek, których kolejność narzucała zespołowi w porozumienie z tabletem leżącym na fortepianie? Wspomniała o genialności swoich muzyków, pozostawiając ich samych na scenie. Wstała, zabierając ze sobą filiżanką dopitą do połowy.

Zagrali znany temat, chyba po raz drugi nawiązując do nazwy zespołu. Wcześniej to Patricia wplotła w swoje solo charakterystyczny motyw, przypominając, dlaczego to „Patricia Barber’s Nat King Cole Trio”. Powołanie do życia takiego składu nie oznaczało powrotu do utworów Nat King Cole’a. Zasadniczo stanowiło punkt wyjścia do tworzenia w oparciu o fortepian, gitarę i kontrabas. Takie własnie instrumentarium jest znane z legendarnych nagrań Nat King Cole’a , którego postanowiła w ten sposób docenić.
Patricia Barber i idea występowania w takim trio została przeze mnie przedstawiona w artykule zapowiadającym jej przyjazd na Ladies’ Jazz Festival:[url=http://piotrbielawski.natemat.pl/19071,angie-stone-zaspiewa-w-bialymstoku-a-patricia-barber-w-gdyni-niestety-w-tym-samym-czasie]Patricia Barber w Gdyni[/url]

Potem był „Scream”. Patricia spytała, jak to brzmi po polsku. Odpowiedzieli prawie wszyscy. W natłoku głosów nie mogła zrozumieć, więc jakiś facet krzyknął, wywołując jej uśmiech. To był ważny moment, dający kolejny popis jej możliwości wokalnych, ale także punkt zwrotny w opowiadanej przez nią historii. Jeszcze nauczę się błyszczeć tak samo, jak potrafiłam będąc z tobą – zaśpiewała na zakończenie, po kilku równie pięknych wersach, do których sięgnę za moment. Bisowała tylko raz, z wyjątkową wersją „Summertime”.
By zobrazować prawdziwe mistrzostwo w tym wszystkim, opiszę ostateczne „Summertime”, jako swoistego rodzaju kwintensencję całego wydarzenia.

Oto więc najpierw pojawiły się pojedyncze dźwięki kontrabasu, które byłyby nie do rozszyfrowania dla wielu, gdyby nie zapowiedź. Po chwili zaczęła snuć się gitara i dopiero wtedy pojawił się wokal. Robiło się deszczowo, coraz mocniej i mocnej. Wyraźniej zaznaczały się krople rozpaczy, grane od tej chwili na fortepianie, bo kontrabas improwizował zaraz po gitarze zupełnie ginącej. Fortepan miał w końcu spowolnić, aby powracający głos mógł rzeczywiście ukoić, stając się epilogiem.

Tuż przed „Summertime” zagrała przesterowana gitara, a Patricia śpiewała o dźwięku zranionego serca: Chcę spać do czasu, aż nie zadzwonisz…niech lato przeminie, chcę spać, przespać to wszystko…a zimą poczytam, coś tam zrobię i znowu usnę, by potem mieć siłę..dziecko pewnie zdąży dorosnąć, przeminą te wszystkie pory roku i będę spokojna, kiedyś, wiem o tym…
Tak było, mniej więcej, zanim nastąpił naprawdę koniec.

http://http://www.youtube.com/watch?v=2JunVGqZZMs

Poleć znajomym / udostępnij: