Piotr Bielawski Radio

Ether jazzu – blog na temat muzyki Piotra BielawskiegoPiotr Bielawski Blog:

Sopot Jazz Festival: Na początek o tym, że wielkie amerykańskie miasta mają swoją charakterystyczną muzykę.

I rozpoczął się Sopot Jazz Festival 2014.

Ten pierwszy wieczór należał do trzech wyśmienitych muzyków ze Stanów Zjednoczonych.  Jon Irabagon (sax), Mark Helias (b), Barry Altschul (dr) –  na jednej scenie, grający przede wszystkim materiał z ostatniej płyty wybitnego saksofonisty.

Zapewne, aby uzasadnić jego wybitność, mogłoby wystarczyć wymienie chociażby kilku wielkich postaci, z którymi nagrywał Jon Irabagon. Zdaje sobie sprawę, że Wynton Marsalis, Joe Lovano, John Abercrombie, Renee Fleming, Deborah Gibson, Billy Joel, czy Ron Sexsmith stanowią dla niego najlepszą rekomendację. Bo skoro chcieli z nim zagrać…

Na dodatek Jon Irabagon został laureatem nagrody imienia Theloniusa Monka, więc bezsprzecznie należy do grona najważniejszych, współczesnych saksofonistów jazzowych.

Tak samą długą listę mógłbym przedstawić przy okazji prezentacji dwóch pozostałych muzyków, uzupełniających skład zespołu. A może nawet obszerniejszą, biorąc pod uwagę ich doskonałe partie solowe, pozostawione na płytach legendarnych postaci jazzu.

so1

Byłem wręcz pewny, że koncert będzie doskonały pod względem artystycznym, jednak chciałem samemu się przekonać, jak Jon Irabagon radzi sobie w roli lidera. Od dłuższego czasu odnosiłem bowiem wrażenie, jakby zaczęło mu coraz bardziej zależeć na zaistnieniu w świadomości o wiele szerszej widowni.

Rozumiem docenienie jego umiejętności nie tylko przez jazzmanów, ale również zwykłych piosenkarzy (najlepszym tego przykładem jest właśnie Ron Sexsmith – współczesna gwiazda muzyki pop-rockowej).

Tak, zastanawiałem się nad kierunkiem jego poszukiwań, a mówiąc ściślej, czy zmieni się grana przez niego muzyka jazzowa. Na przykład, czy postanowi ją skomercjalizować, aby ułatwić jej odbiór.

Pierwsze wrażenie, jakiemu zacząłem ulegać po usłyszeniu kilku dźwięków, przeniosło mnie natychmiast do któregoś z wielkich, amerykańskich miast. Niby nic odkrywczego, ale ponownie się przekonałem, jak głęboko potrafią tkwić w swoich wypracowanych, muzycznych schematach muzycy zza oceanu. Aby cokolwiek zmienić w granej muzyce, mogą tworzyć przeróżne harmonie, jednak za każdym razem będą opisywać rzeczywistość, która ich otacza.

Każdy pojedynczy dźwięk saksofonu, ubarwiający naprawdę długie, solowe występy basisty i perkusisty, moim zdaniem odwzorowywał głosy amerykańskiej ulicy. A było tych dźwięków mnóstwo – proszę mi wierzyć. Jon Irabagon wielokrotnie zaskakiwał swoją pomysłowością, uzyskując naprawdę intrygujące brzmienia.

Kolejną charakterystyczną cechę tego artysty stanowi melodyjność. Wielokrotnie łapałem się na tym, że odnajdywałem melodię w najbardziej skomplikowanych schematach. Trzeba przyznać, że panowie Mark Helias i Barry Altschul to mistrzowie instrumentów, na których grają. Podnosili niesamowicie poprzeczkę, ale nie starali się czegokolwiek utrudniać liderowi. Znali swoje miejsce, odczytywali perfekcyjnie zapis nutowy oraz instynktownie odbierali niuanse pomiędzy nutami.

I tak mogłoby pozostać, bo przecież złączenie tych dwóch elementów – zdolności tworzenia przepięknych melodii i umiejętnego dobierania dźwięków, nadających muzyce swoistego rodzaju „sznytu” – sugeruje, że mamy do czynienia z czymś ewidentnie oryginalnym, ale…

W pewnym momencie powstała we mnie potrzeba usłyszenia czegoś więcej, albo chociaż jakiegoś przełamania tego, co tak perfekcyjnie wypracowali. Zakładając, że opowiadana historia miała być spójną całością, stworzoną z poszczególnych utworów, może po prostu brakowało w niej dramaturgii wydarzeń?

W tym właśnie momencie Jon Irabagon zaczął żartować: Przyszedł czas na pytania. Czy ma ktoś jakieś pytanie?

Faktycznie troche mnie rozbawił. Ważniejsze, że zmienił perspektywę, a dzięki temu znowu z przyjemnością się słuchało koncertu. Może również dlatego, że grali coraz melodyjniej:).

I wtedy zrozumiałem, że Jon Irabagon nie zmienił swojego podejścia do jazzu, a jedynie spojrzał na niego z innej perspektywy, mając nadzieję, że przekona do siebie większe grono miłośników tego gatunku.

Jest też inny aspekt tego wszystkiego. Z kolei pozostali muzycy mogą w ten sposób wykazać, że nadal są pełni twórczej energii, którą potrafią wykorzystać w sposób naprawdę oryginalny. Nie do przecenienia była obecność każdego z nich na scenie, indywidualne umiejętności, którymi zachwycali, a przy tym zrozumienie istoty tej muzyki.

Mam nadzieję, że jeszcze wiele razy się o tym przekonamy, bez potrzeby wyruszania do Ameryki, gdzie podobno wszędzie taką muzykę grają:).

 

 

 

 

 

 

 

Poleć znajomym / udostępnij: