Piotr Bielawski Radio

Ether jazzu – blog na temat muzyki Piotra BielawskiegoPiotr Bielawski Blog:

Dominic Miller w Łodzi – a czy wam czegoś brakowało?

Dominic Miller wystąpił w Łodzi, przede wszystkim promując swoją płytę pod tytułem „Ad hoc”. Zapewne nikogo nie zaskoczył również kilkoma powrotami do straszych utworów, bowiem wcześniej zapowiadał, że kolejny album potraktuje jako pretekst do swoistego rodzaju podróży muzycznej.

Jego zamiarem było skorzystanie z fragmentów każdej ze swoich płyt, gdyż wszystkie nadal tak samo docenia, traktując wręcz jak dzieci. Mówi o tym w wywiadzie:

Biorąc za podstawę koncepcję takiej właśnie podróży muzycznej, można powiedzieć, że Dominic Miller zrealizował swoje zamierzenie. Nawet jeśli komuś brakowało niektórych rytmów, stylów, bądź gatunków muzycznych, na pewno skorzystał tego wieczoru z wielu, naprawdę wielu pomysłów aranżacyjnych, doskonale pokazujących, że dociera do niego mnóstwo inspirującej muzyki, z której czerpie pełnymi garściami.

Zapewne nie można także narzekać na ułożenie koncertu, czy próbę stworzenia pewnego rodzaju dramaturgii. Przeplatające się kompozycje stanowiły spójną całość, opartą na dwóch gitarach, perkusji i gitarze basowej. Powoli jednak dochodzę do momentu, w którym pojawia się małe „ale”…

Nie lubię się czepiać, co można zauważyć w moich relacjach. Po prostu wolę pisać o koncertach, które naprawdę wywarły na mnie wrażenie, a przemilczeć wydarzenia, które zwyczajnie nie były dla mnie, od razu stwierdzając, że najwyraźniej nie mnie oceniać ich poziom artystyczny. Jednak, zdarzają się występy, od których oczekiwaliśmy po prostu o wiele więcej?

Stąd moje „ale”, do którego zaraz powrócę, bo skoro wymieniłem instrumentarium, najpierw chciałbym przedstawić muzyków, którzy zagrali tym razem w zespole Dominica Millera.
Nicolas Fiszman – bas, Rhani Krija – perkusja, Tony Remi – gitara. Trzy osobowości, które powinniśmy docenić zarówno za umiejętności zagrania najtrudniejszych dźwieków, jak również posiadanie własnego, odrębnego języka muzycznego, wynikającego z ich pochodzenia. Mieszanka wielokulturowa, mogąca wręcz oszołomić!

Dlaczego więc jedynie zachwycała przez większą część koncertu, zamiast porwać nas w nieznane, odkrywając przed nami zupełnie nowe przestrzenie?

Po pierwsze byłem zdziowny, gdy zobaczyłem i usłyszałem pewnego rodzaju tremę, która natychmiast się przełożyła na ostrożne podchodzenie do pierwszych utworów. To prawda, że muzycy zwracali kilka razy uwage na odsłuchy, ale…

No właśnie, przecież znają ten materiał doskonale, a każdy z nich potrafiłby go zagrać na tysiące sposobów. Wiem, że w tak trudnych chwilach trzeba zaufać liderowi – i tak się stało.
Dominic Miller pefekcyjnie określa formę swoich kompozycji, z dbałością muzyka klasycznego zwraca uwagę na szczegóły. To sprawia, że wystarczy dokładnie oddać napięcie zapisane między nutami, by znaleźć się na nowo w odpowiednich ramach.
I rzeczywiście, chwilę później wszystko zaczęło nabierać kolorów, zapełniając zdefiniowaną przestrzeń. A może w tym sedno sprawy, że niepotrzebnie zostały zaznaczone muzyczne granice, pomiędzy którymi porusza się Dominic Miller?

Nie powinienem zbyt pochopnie stawiać takiej tezy, a zarazem twierdzić, że mam rację.
Powiem więcej, zastanawiałem się raczej przez cały koncert, czy ustalenie wyraźnych granic nie stanowi w tym przypadku niesamowitego atutu. Jedni mogą uznać taką formę za wysublimowaną, drudzy nie poczują się w niej zagubieni, dzięki czemu z łatwością odnajdą piękno jej melodii.

Przypomnę, że Dominic Miller nie opiera swojego grania na improwizacji. Wręcz przeciwnie, jak sam powiedział, pisze piosenki. Jednak z drugiej strony, pomiędzy Shape Of My Heart, Fields Of Gold, czy tytułami z ostatniej płyty, skorzystał przecież z formy bardziej rozbudowanej.

Na szczęście, z biegiem czasu rozluźniła się atmosfera na scenie i zabawy było coraz więcej. Dopiero wtedy można było usłyszeć, jak nastrojowe potrafią być niektóre z tych piosenek, odczuć tak naprawdę rockowe brzmienie zespołu, w końcu poddać się magicznemu rytmowi, który wreszcie otwierał przed nami inne światy.

Ech, właśnie tego było zbyt mało podczas występu Dominika Millera. Na szczęście, po pierwsze zapewne tylko dla mnie, a po drugie, co ważniejsze, to wcale nie zaważyło na odbiorze publiczności zgromadzonej w Wytwórni, która żegnała Dominica Millera owacjami na stojąco!

unnamed2

W post scriptum powinienem zauważyć, że koncert obfitował w solówki poszczególnych muzyków, ukazujące mistrzostwo techniki, a także mnóstwo pięknych, klimatycznych momentów, o czym zapewne najbardziej się przekonały osoby nie będace samemu na tym konercie:). Gdybym jednak miał ocenić, których było więcej, musiałbym przyznać, że zbyt często dbanie o precyzję wzięło górę nad samymi emocjami.

Aha, a co do dowcipów Dominica Millera pomiędzy utworami, od razu przypomniałem sobie naszą rozmowę, dotyczącą płyty „Ad hoc”, podczas której wielokrotnie udało mu się zabawnie nawiązywać do poruszanego w danym momencie tematu:).
A płytę „Ad hoc” opisuję na drugim blogu:
http://piotrbielawski.natemat.pl/92259,dominic-miller-dla-wielu-po-prostu-gitarzysta-stinga-wydaje-nowa-plyte

fot: Przemek Sikora (www.muzyczneobrazki.pl)

fot: Marcin Zalewski

Poleć znajomym / udostępnij: