Piotr Bielawski Radio

Ether jazzu – blog na temat muzyki Piotra BielawskiegoPiotr Bielawski Blog:

Franz Hautzunger/ Jean- Paul Bourelly i Citizen X w pierwszym dniu Jazz Sopot Festival 2013 – relacja!

Sopot Jazz Festival dzień 1

Faktycznie, w klimacie Sopockiego Spatifu można odebrać te dźwięki zupełnie inaczej, niż gdyby powstały w przestrzeni bez granic.

Piszę o tym, co stworzył Franz Hautzunger z Austrii. Słychać u niego na pewno wpływy takich muzyków, jak Henry Lowther, John Russel i Steve Noble. Spotkał się z nimi, razem z nimi tworzył, choć rzeczywiście potem podążył swoją drogą, co słychać. Po skończeniu uczelni w Graz, podjął się eksperymentowania, przemierzył co najmniej pół świata, by zebrać wiele doświadczeń, w końcu zrozumieć, że musi powrócić na bazie swoich przemyśleń do korzeni muzyki jazzowej. I tu dochodzimy do jego koncertu, który miał miejsce na Sopot Jazz Festiwal.

Przywiózł elektronikę, która falami uderzała w jedną i drugą stronę sali, będąc na pewno formą złożoną z wielu kolorowych plam. Gdy się nakładały, dominowała już tylko jedna barwa, której nasycnie każdy mógł odebrać osobiście, ulegając melancholii, albo w sposób skrajny nawet pewnej euforii, w poczuciu unoszenia. Do tego trąbka, jako żywy instrument w tym schemacie, podróżująca w poprzek tych fal, coraz bardziej słyszalnych. I koniec koncertu. To jeden, wydłużający się utwór, jednak nie tracący nic ze swoich emocji do końca. Bez chwil słabszych, czy zupełnie niepotrzebnych. Trąbka sprawiała, że coraz więcej postaci pojawiało się w tej historii. Wiele dźwięków oddawało raczej ich monologi, ale słychać było ich poukładanie w jakąś całość. Tylko jaką… W każdym razie trąbka sprawiała, że mogliśmy jednoznacznie określić to wszystko, jako zainspirowane jazzem, a poszukiwanie dźwięku nazwać improwizacją. Inaczej, koncepcja Franza byłby faktycznie eksperymentem, i tylko eksperymentem. Powtarzalność sekwencji dźwięków pozostawała w uszach jeszcze przez dłuższą chwilę, przypominając, że gdzieś słyszałem już taką trąbkę. Po chwili już wiedziałem u kogo, ale przecież nie w samym porównaniu sens tej refleksji. Powiedzmy, że stanowi jedynie tło do rozważań, pokazujących osobliwe wnętrze Franza Hautzungera.

Wszyscy czekali na ten występ. I nie zawiedli się na pewno!

 

Wspominam na gorąco muzykę, którą zagrał chwilę później Jean- Paul Bourelly i Citizen X.

Nikt, tak jak Jean-Paul nie potrafi oddać wszystkich emocji w jednej chwili, nie potrafi oddać się muzyce, zatracając, nawet samemu do końca nie zdając sobie sprawy, jak wiele granic muzycznych przekracza w swoim nowatorstwie, jak bardzo porusza wnętrze słuchającego swoim głębokim, wręcz prawdziwie korzennym zawołaniem, uniesieniem głosu, czy nawet krzykiem. A jest w tym wszystko, od pierwotnego bluesa, przez jego wszelkie odmiany, po improwizacje opartą na jazzowych frazach, lecz granych nie tylko z rockowym brzmieniem, ale czasami nawet tak samo mocnym schematem. Do tego ten rytm, wydłużający chwile koncertu, wprowadzający słuchacza w ten sam stan, że nic tylko samemu krzyczeć. Tym razem widownia oddała swój zachwyt oklaskami, ale nie było dzikości z jej strony. Poszczególne utwory stanowiły odrębne historie z narracją, aż w końcu pojawił się King Kong, jednoznacznie oddający pewnego rodzaju „wariactwo” mistrza ( nie mylić z wariacjami na temat). Po prostu Jean-Paul Bourelly i Citizen X udowodnili, jak wielki dystans można mieć do siebie, tworzenia, samej muzyki, a także zabawy, jako eksperymentu i doskonałej formy, ukazującej niebagatelne możliwości instrumentalisty. Zresztą cały koncert stanowił popis, czym może być improwizacja, a w konsekwencji muzyka. Aby tak się stało, o czym należy pamiętać, trzeba mieć niesamowity warsztat twórczy, doświadczenia i wyobraźnię. Jean-Paul ma wszystko. Przecież grał u Milesa Davisa. Pharoah Sanders czy Darryl Jones to kolejni geniusze, z którymi się spotkał w jednym zespole. Można wymienić jeszcze wiele nazwisk, od których nauczył się istnienia wielu muzycznych światów. One istnieją ze sobą powiązane, a na pewno można je odnaleźć w nim samym. On jest naturalny, niczym nadal nie skażony, choć nagrał tak wiele, od tak dawna tworzy swoją muzykę. Energia, powiązana z fusion czy hard rockiem roznosiła jego tworzenie także podczas tego koncertu. Aż się bałem o Spatif.  Na szczęście przetrwał, choć w oparach oddechów wypełniających jego wnętrze, zapełnione prawie do końca koncertu.

Uff, już czekam na kolejny koncert 🙂 …

Poleć znajomym / udostępnij: