Piotr Bielawski Radio

Ether jazzu – blog na temat muzyki Piotra BielawskiegoPiotr Bielawski Blog:

Ostatnio napisałem:

Sopot Jazz Festival: Kompletna improwizacja!

No coż, będę pisał zaledwie o dwóch koncertach tegorocznego Sopot Jazz Festival, spośród wszystkich występów, których miałem przyjemność posłuchać.

Niestety, nie było mi dane uczestniczyć we wszystkich wydarzeniach tegorocznego festiwalu. Żałuję, choć muszę przyznać, że wybrane przeze mnie momenty uznałem nie tylko za najbardziej  interesujące, ale co ważniejsze,  oddające prawdziwe oblicze imprezy, nastawionej przede wszystkim na szeroko pojmowaną improwizację.

O takiej, specyficznej formule festiwalu opowiada jego dyrektor artystyczny, Adam Pierończyk:

 

 

Najpierw koncert Andreas Schaerer/Lucas Niggli Duo, który rozpoczynał drugi wieczór festiwalowy w klubie Spatif.

Tak naprawdę, chyba nikt się nie spodziewał, co się wydarzy. Muzyka tych dwóch, niesamowicie zdolnych muzyków ze Szwajcarii, najlepiej oddaje istotę współczesnej muzyki improwizowanej.

Głos, przetwarzany na różne sposoby, wzmacniany efektami, dzięki którym się wydawało, że przenosi nas w czasie i przestrzeni, a do tego rytm, który odkrywał przed nami jakąś pierwotną potrzebę zrozumienia, czym jest w swojej istocie muzyka. Z jednej strony rzeczywiście oddający pierwsze, świadomie zagrane dźwięki, z drugiej niesamowicie barwnie oddający miejsca, w których naturalnie kiedyś powstawały.

Odszukanie wielu takich miejsc pozwoliło stworzyć szeroką perspektywę do poszukiwań własnego języka, którym Andreas i Lucas starali się komunikować ze słuchaczami.

Zacząłem od rytmu, bowiem przez cały koncert się wydawało, że najważniejszy był głos, wysuwający się na plan pierwszy. To on intrygował, ściągając na siebie uwagę, aż w pewnym momencie można było odczuć obawę, czy rzeczywiście słuchacze docenią zdolności bębniarza.

By oddać prawdę, poszukiwanie rytmu przez Lucasa stanowiło podstawę do wokalnych popisów Matthiasa, a nie odwrotnie.

Kolejną ważną rzeczą dla ich wspólnego improwizowania było poszukiwanie ciekawych, wyjątkowych, wręcz wcześniej nieznanych brzmień, jakby nierealnych w otaczającej nas rzeczywistości.

Chwilami miałem wrażenie, że korzystają z kosmicznej energii, unosząc wszystkich i wszystko w nieznaną, tajemniczą przestrzeń. Wydłużając poszczególne dźwięki, doprowadzali do sytuacji, że jeszcze bardziej odczuwało się wielkość, a może nawet jej pustkę . Wszystko za sprawą nałożonych efektów, ale również niesamowicie oryginalnemu sposobowi używania głosu.

Korzystanie z różnych form sterowania głosem oraz wielu stylistyk wokalnych – w tym np. z beatboxu – wprowadzało niesamowity koloryt temu spektaklowi, nie nużąc ani przez chwilę.

Podsumowując, chyba najlepiej w jedym zdaniu sprecyzować przecinające się płaszczyzny, z których korzystali, jako przeszłość, teraźniejszość, przyszłość.

I wszystko stanowiło jedną, spójną całość, jakby było opowieścią, w której każdy miał odnaleźć swoją interpretację czasu i miejsca. Na dodatek przybrało formę zwyczajnej zabawy, co wydaje się idealnym sposobem na takie improwizowanie.

I jeszcze jedno, klimat Spatifu sprawdził się znakomicie w tym przypadku – proszę mi wierzyć.

Czy jeszcze raz się wybiorę na ich występ? Bez wątpienia, jeśli tylko będę miał okazję:).

 

 

foto:https://www.facebook.com/sopotjazz?fref=ts

Perfekcyjną i pełną emocji improwizację zaprezentował również Trilok Gurtu, z kórym miałem okazję wcześniej rozmawiać:

Zapowiedział pięć części, z których składał się jego koncert. Woda, powietrze, ogień i woda – cztery najważniejsze żywioły, jako następujące po sobie inspiracje – stanowiły podstawę. Tym piątym elementem był Trilok Gurtu, doskonale panujący nad nimi wszystkimi.

Gdyby rozważać oba opisywane występy, szukając odpowiedzi na pytanie, czym jest współczesna improwizacja, można by wysnuć wniosek, że niezależnie w jakim kierunku podąża, za każdym razem odwołuje się do podstawy rytmu. Oczywiście ważne się staje, z jakiej kultury czerpie wykonawca, ale najczęściej interesuje go daleki wschód, chyba wciąż niepoznany.

Trilok Gurtu ma łatwiej. Indie to jego kraj rodzinny. Wychował się na muzyce, która opiera się na improwizowaniu. Jakby tego było mało, nie musi wyobrażać sobie piękna tych miejsc, gdyż nosi głęboko w sercu kształty, zapachy i dźwięki charakterystyczne dla tej części świata.

Skorzystał ze wszystkiego, dopracowując najdrobniejsze szczegóły. Zapewne było to możliwe dzięki zwykłej, ludzkiej umiejętności czekania, jak również doskonałemu warsztatowi perkusjonisty, kóremu cierpliwość nie przeszkadza w odnalezieniu odpowiedniej dynamiki grania.

Komuś moje stwierdzenie może się wydawać dziwne albo niezrozumiałe. Ale proszę sobie wyobrazić moment, w którym Trilok Gurtu przelewa wodę z butelki do wiadra. Nie przyspiesza, ani nie porusza plastikowym otworem, pozwalając, aby krystaliczna woda lała się strumieniem. Ma pewność upływającego czasu. Tutaj nie potrzebuje precyzji, po prostu czeka, aż zakończy się proces, dający coraz głośniejszy efekt w całej sali.

I ten pojedynczy plusk na koniec, gdy butelka zostaje opróżniona. Musiał zadziałać na jego wyobraźnię. Byłem tego pewien, słysząc od jakiego dźwięku rozpoczął kolejną część swojego występu.

Fascynowały także fragmenty, w których bezpośrednio się odnosił do swojej kultury. Wciągał słuchacza do swojego świata, zabierając w prawdziwą podróż.

Zakończył wspólnym śpiewaniem z publicznością, która z przyjemnością poddała się jego nawoływaniu. Rytmicznie podzielił widownię, odśpiewał pieśń i podziękował z uśmiechem, w modlitewnym pokłonie.

Czy wybiorę się na Triloka Gurtu, jak znowu będe miał okazję? Koniecznie!

 

Ech, i taka jest ta dzisiejsza muzyka improwizowana :).

 

 

 

foto: https://www.facebook.com/sopotjazz?fref=ts

 

 

Poleć znajomym / udostępnij: