Piotr Bielawski Radio

Ether jazzu – blog na temat muzyki Piotra BielawskiegoPiotr Bielawski Blog:

Jazz-rockowo-popowy zespół Pink Freud, czyli tak się bawią chłopcy w krótkich spodenkach.

Linie podziału w Ich muzyce po raz pierwszy są tak widoczne. Od dawna piszę-mówię, że gra się totalnie. To znaczy, że zacierają się podziały na style i gatunki, a różnorodność inspiracji podkreślona niesamowicie mocną sekcją w połączeniu z bazą – którą stanowi raz rock, raz jazz, raz określana mianem alternatywy elektronika albo dowolnie inny styl – oraz z techniką i indywidualnością twórcy dają osobliwą formę określającą i odróżniającą artystów.

Pink Freud był tego najlepszym przykładem.

Najnowszy materiał przygotowany na płytę, która ukaże się 15 maja 2012, przeczy temu, choć wciąż potwierdza tezę. A to dlatego, że można stwierdzić, kiedy grają muzykę improwizowaną, kiedy rockową, kiedy popowo tworzą melodyjkę. I nie ma w tym nic zaprzeczającego wyjątkowości czy genialności zespołu.

Taka klarowność ułatwia, a przede wszystkim utrudnia. To forma, w której błędy odczuwalne są od razu, rażąc niemiłosiernie. Trzeba zupełnego szaleństwa bądź pewności siebie, by oddać każdy gatunek w jego postaci, łącząc go w sposób płynny z następnym, do tego bawiąc się konwencją tego połączenia. Co do zabawy, w przypadku Pink Freud to odwołanie do niepowtarzalnych emocji zapamiętanych z dzieciństwa, z lat młodzieńczych. Nie rozpatrując tego głęboko, nie czując się kompetentnym, mogę jedynie spytać, kiedy i dlaczego pojawia się potrzeba odwzorowania tego, co w nas przetrwało?

Wydaje się oczywistym, że sprzyja temu czas zakochania. To jedynie przykład. Z innej strony jest to zapewne chęć i zdolność artystycznych poszukiwań. Na pewno nie kryzys twórczy, biorąc pod uwagę, jak wiele trzeba mieć w
sobie doświadczeń, jak bardzo wykształcić swoje podejście do dźwięku, melodii, improwizacji, by znowu stając się chłopcem, uniknąć bycia śmiesznym. Balansowanie obarczone jest nie tylko ryzykiem, ale wręcz pewnością, że będą momenty szczerego przeniesienia się w stan miniony, co może wywołać niezrozumienie. To jak Im się udało tego uniknąć?
Pomogła muzyka. Obraz chłopców szalejących w krótkich spodenkach na scenie – z najbardziej żywiołowym, typowo rockowym Wojtkiem Mazolewskim – nie zajmował tak bardzo, by muzyka nie stanowiła pierwszego planu.

A ona się zmieniała. Na początku zwyczajnie słodkie melodyjki. Potem oryginalne improwizacje jazzowe: odkrywające niesamowite pomysły, czym może być bas, czym eksperyment, jak nie zagubić delikatności trąbki w morzu elektroniki świdrującej w głowach masakrującą częstotliwością – to wręcz „japońskie harakiri” (ale
przecież właśnie stamtąd wrócili) – pokazujące, jaką energię można wyzwolić z perkusji, czy w końcu z saksofonu, który chwilę później doskonale zastępuje ostrość gitary w hardrockowym utworze. Na koniec
punkowo i wokalnie. Głowa boli od tej różnorodności – nie to, bym narzekał :)- i cieszy dopracowanie każdego szczegółu.
Życzę wszystkim takiego profesjonalizmu przy zachowaniu żywiołowości i szczerości wypowiedzi. Nie musicie brzmieć brudno, bez wyrazu, zamazanie. A tym bardziej nie musicie być „chaosem” tworzącym ścianę dźwięków. Nie musicie bać się czystej formy muzycznej. Pamiętajcie jedynie, że ona obnaża Was jako muzyków. Kto się boi, niech wkłada krótkie spodenki i niech potem się”nie maże”:)

 

Poleć znajomym / udostępnij: