Piotr Bielawski Radio

Ether jazzu – blog na temat muzyki Piotra BielawskiegoPiotr Bielawski Blog:

Natalia Mateo mnie mrozi i w tym samym momencie rozpala. A potem…

Na początek jest „Bandoska”, która w każdym wykonaniu wywołuje u mnie smutek. Mówię wprost, krótko i zwięźle, by przede wszystkim siebie samego nie oszukiwać. Trzeba bowiem pogodzić się z przemijaniem. O wiele łatwiej to przychodzi człowiekowi, jak mi się zdaje, gdy potrafi odnaleźć piękno w każdym momencie swojego życia.
I proszę mi wierzyć, mnóstwo tego piękna odkrywam w tym wykonaniu. Tyle, że słuchając, od razu odczuwam gdzieś w sobie wszędobylską jesień, a po chwili wręcz coraz chłodniejszy powiew zimy.

Piszę o nowej płycie Natalii Mateo „De Profundis”.

I jak tu nie odnosić się do tytułu, gdy kolejna piosenka nazywa się „Eternity” – pomyślalem przy pierwszym przesuchaniu, stwierdzając, że niespodziewanie włączyła się we mnie przekora, która podpowiadała: nie zajmuj się jego tłumaczeniem, zacznij po prostu bawić się muzyką.

To doskonała myśl, biorąc pod uwagę, że wspomniany utwór potrafi wręcz rozkołysać w swojej delikatności, nie mówiąc o jakiejś niezwykłej jasności, zabierajacej w jednej chwili poczucie czegoś ostatecznego. Teraz już bez obawy, że zostanę przytłoczony tematem wiary, potrzebą ciągłego podążania w poszukiwaniu pojednania z Bogiem, zgadzam się na „Elegię pielgrzyma”.

Odkrywam, że jestem znowu w momencie, w którym rozpoczynała się moja przygoda z poznawniem muzyki, bowiem na dodatek z niekłamaną ciekawością, pozbawiającą wszelkich nawyków związane ze słuchaniem i opisywaniem tego wszystkiego, co słyszę, a więc bez jakichkolwiek uprzedzeń albo przewidywań, co jeszcze się wydarzy na tej płycie, zaczynam zwyczajnie czekać na następujące po sobie utwory.

A tu niby nic wielkiego. Wspomniana elegia to gitarowy, niezwykle perfekcyjnie dopracowany, pełen pięknych pojedynczych dźwięków utwór. Ta prostota jeszcze bardziej ukazuje wirtuozerię i niezwykłość klimatu piosenki, która rzeczywiście staje się modlitwą, chcociaż opowieść się toczy tak zwyczajnie, jakby Natalia siedziała naprzeciw, zwierzajac się po prostu z własnego życia.

To niby nic – powtórzę – przemawia bardziej, niż może się zdawać. Ech, po wysłuchaniu na nowo czuję wszechogarniający chłód, ale jakoś inaczej, jakbym zaczął zdawać sobie sprawę, że odczuwam tylko jego wyobrażenie, jakbym przedwcześnie rozważał jego istnienie.

Zwłaszcza, że pojawia się naprawdę intrygująca wersja „I Will Always Love you”, oddająca z jednej strony piękno tej piosenki w oryginale, z drugiej ukazująca niesamowite możliwości interpretacyjne, jakie daje wspomniana kompozycja. Nie da się przecenić pracy włożonej w poszukiwanie rozwiązań harmonicznych. Do tego zachwyca subtelny wokal, podkreślający istotę tekstu w tej piosence. W końcu należy zwrócić także uwagę na niepowtarzalność jej klimatu, z dużą dawką zbyt oczywistego smutku.

Po czym „Kołysanka Rosemary”, która jak zwykle zabiera oddech, a że mogą z nią sobie poradzić jedynie prawdziwe osobowości, ze spokojem odczytuję pozostałe tytuły piosenek i nie ruszam się z fotela.

Jest „Prayer”, czyli naprawdę modlitwa. Znowu kameralnie, tym razem z pianinem, akcentującym słowa bardzo wyraźnie. Mają oddawać w pełni emocje, ale nie krzyczeć.

Krzyk pojawia się w „Eksplozja Paranoja”, bo to kilka słów o okrutnym życiu. Pojęcia wyśpiewane przez Natalię Mateo mieszają się w kakofonii dźwięków, tymczasem jakoś słyszę w tym niezwykłe ułożenie wszystkiego. Czy zaskoczyła mnie awangardową formą piosenki? W ogóle, przecież od dawna słucham jej piosenek.

Ale takiej wersji kultowego utworu „Dziwny jest ten świat” na pewno się nie spodziewałem. Oj, to będzie przeżycie dla fanów Czesława Niemena. Przeklną albo… odnajdą te same emocje i chwilami nawet podobną ekspresją w ich wyrażaniu. Mówiąc prawdę, najbardziej krzyczy cisza w tym utworze. Tak, cisza…

Na koniec Bułat Okudżawa/Francois Villon: Dopóki nam ziemia kręci się, dopóki jest tak czy siak, Panie ofiaruj każdemu z nas, czego mu w życiu brak.

I koniec albumu z nowymi piosenkami Natalii Mateo. A ty człowieku czujesz wciąż rozpalenie, jednocześnie mając świadomość nadchodzącego chłodu, z którym wcześniej czy później będziesz musiał się zmierzyć.
Z tym cię zostawia, gdy następuja cisza w odtwarzaczu. Z tym mnie zostawia za każdym razem, gdy wracam do płyty „De Profundis”.

Poleć znajomym / udostępnij: